czwartek, 30 stycznia 2014

Maroko

Dobra, opowiedzenie w skrócie ostatnich dwóch tygodni nie jest łatwą sprawą, ale jakoś się postaram to przedstawić. Czasem może za bardzo będę się rozpisywać, ale chcę niektóre ciekawe momenty przedstawić bardziej szczegółowo.
No to na początek Maroko!

termin: 15-22.01.2014
skład: Poli (Bułgaria), Markus (Niemcy), Monika, Magda, ja (Polska)
plan: lot Madryt- Rabat; noc w Rabacie; przejazd do Marrakeszu, spędzenie tam 2-3 dni; przejazd na pustynię i zostanie tam na 2-3 dni; powrót do Rabatu; lot Rabat-Madryt.

Moja podróż zaczęła się dzień wcześniej, czyli już 14.01. Wtedy to z Moniką udałyśmy się do Porto, by spędzić tam noc na lotnisku i z samego rana polecieć do Madrytu. Kierowca, który nas zawoził z Coimbry do Porto (korzystałyśmy z blablacar), zaśmiał się pod nosem na wieść o tym, że jedziemy do Maroko. No tak, my z tymi różowymi plecakami (w tym ja z moimi hiperblond włosami) mogłyśmy wyglądać jak dwie naiwne studentki, które z hasłem 'hej hej przygodo!' wybierają się spontanicznie na tygodniową wycieczkę do muzułmańskiego kraju. Ale nienienieeee, dałyśmy od razu panu znać, że my tu i tego, obeznane z tematem, no i nas cała ekipa jedzie, no i spoko maroko.

W drodze na lotnisko Monika zgubiła czapkę, już kolejną w jej erasmusowej karierze. Wyklinała, że już więcej czapki nie kupi, bo to fatum jej. Czapki się jej głowy nie trzymają. (Rodzino Moja: pocieszcie Marka, że to nie jego pech tak gubić czapki. Chodzą podobne nieszczęśliwe przypadki po świecie.)

Spędziłyśmy noc na niemal pustym lotnisku. Lotnisko w Porto dostało wiele nagród dla najlepszej obsługi lotnisk w Europie- potwierdzam, obsługa całkiem miła. Nawet pan ochroniarz przyszedł nas obudzić, gdy nadeszła godzina pierwszych odlotów.

Kimanie na lotnisku....

... BARDZO PUSTYM lotnisku.

Potem Madryt i kolejne pół dnia spędzone na lotnisku- przejazd metrem do centrum był tak drogi, że nawet zjedzenie posiłku na niesamowicie drogim lotnisku wychodziło taniej, niż przejazd do miasta i zjedzenie czegoś w fast foodzie. No i opanowałyśmy do perfekcji technikę spania na niewygodnych ławkach . Teraz już żadne twarde ławeczki nam niestraszne! Aaa, no i taka ciekawostka- lotnisko w Madrycie jest PRZEOGROMNE. Na początku poszłyśmy z złą część terminala i dojście z powrotem do odpowiedniej części budynku zajęło nam 20 min (wyobraźcie sobie nas- idziemy niewyspane z ciężkimi plecakami, a tu obok tabliczki z nazwą odpowiedniego teminala pokrzepiający dopisek: 25 min pieszo... w obrębie tego samego budynku!). Potem spotkaliśmy się z resztą ekipy i wsiedliśmy w samolot do Maroko (choć to też z przygodami- bo z powodu wyjazdu z UE trzeba przejść przeprawę paszportową; nasza bułgarska koleżanka ma dość arabskie rysy [ktoś jej powiedział, że syryjskie] i za każdym razem przetrzepywali jej bagaż z każdej strony; wąchali nawet perfumy...).

Przystanek pierwszy: Rabat
Oczywiście od samego początku mieliśmy styczność z taksówkarzami. Dostaliśmy przestrogę od naszego gospodarza (chłopaka, którego znalazłyśmy przez couchsurfing), żeby uważać na ceny, bo zawsze turyści są kasowani bardziej. No to targowaliśmy się z nimi dzielnie, a i tak ostatecznie zapłaciliśmy więcej, niż powinniśmy.
No nic, chcieliśmy jakoś dojechać na miejsce. Trzeba było wziąć 2 taksówki. Nie zdziwiłyśmy się za bardzo (Monika, Magda i ja), gdy po 15 min jeżdżenia po zakurzonych ulicach, mijaniu wozów zaprzężonych w osły, trąbieniu na ludzi i motory przyjeżdżające przed maską, generalnie zamęt, taksówkarz zakomunikował, że to już. Ale pod innym adresem, niż go prosiłyśmy. Mówimy, że to nie tu. No to jeszcze raz- kierowca patrzy na adres, myśli, pyta kogoś, coś tam gada po arabsku i wkurzony siada za kierownicę. Kolejne 10 min i jesteśmy na miejscu.
Poli i Markus dojechali jeszcze później- taksówkarz wysadził ich jakieś 20 min pieszo od miejsca przeznaczenia i musieli dostać się tam sami.

Jakiekolwiek złe wrażenie zostało zatarte dzięki naszemu gospodarzowi- pokazał dom (dość ubogi, ale typowo marokański wystrój, a zamiast toalety i prysznica jedna dziura w podłodze- standard w marokańskich domach), przedstawił nam swoją rodzinę, podał coś do jedzenia i przyrządził naszą pierwszą prawdziwą marokańską herbatę (zielona herbata z miętą i zdecydowanie zbyt dużą ilością cukru; na początku niemożliwie zbyt słodkie, by przełknąć; z każdym kolejnym razem smakowała coraz bardziej).  Pojechaliśmy też do centrum miasta taksówką (tym razem wszyscy w jednym aucie- nasza piątka, nasz gospodarz i kierowca, czyli 7 osób w starym białym mercedesie- 4 z tyłu i 3 z przodu. Wyobrażacie sobie takie taksówki w jakiejś europejskiej stolicy? :) ).

Zdjęcia ze spaceru po Medynie, starej części miasta (a bo ta nowa część nudna była, wyglądała całkiem europejsko.. a nasz gospodarz bardzo był zdziwiony, dlaczego nie robimy zdjęć tym nowoczesnym budynkom, tylko starym dzielnicom...):



Jadłam gotowane ślimaki! Takie, co im różki widać i wyjada się je ze skorupki wykałaczką. I pija się do tego zupę ślimakową. Pychota!



Śmieci, śmieci, pełno śmieci. Wszędzie. Całe ulice zawalone są śmieciami; widok z okna pociągu to były często pola i pastwiska zawalone śmieciami...
Kolejnego dnia musieliśmy wstać wcześnie, bo planowana podróż do Marrakeszu miała trwać ok 5 godzin. W salonie przywitała nas matka naszego gospodarza, która zajęła się przygotowaniem dla nas śniadania (jaka miła niespodzianka!). Potem jego brat zaprowadził nas na postój taksówek i wytargował jak najniższą cenę za przejazd (tylko wspomnę, że tak się targował, że taksówkarze się na jakiś czas na nas obrazili i nie chcieli nigdzie za taką cenę jechać; byliśmy w innej części miasta na 20 min przed odjazdem pociągu i wciąż przyglądaliśmy się kłócącym się po arabsku taksówkarzom. Gdy już zgodziliśmy się na proponowaną cenę, to i tak musieliśmy poczekać, aż taksówkarz spali papierosa.. postanowiliśmy, że skoro jesteśmy na wakacjach, to nie będziemy się tym przejmować i tylko z rozbawieniem obserwowaliśmy tę scenę. Ostatecznie zdążyliśmy na pociąg.)
nasze śniadanie: świeży chleb, przepyszne oliwki i oliwa, masło, herbata.


 Przystanek drugi: Marrakesz
Marrakesz okazał się być zupełnie innym miastem, niż Rabat. Od samego początku napotykaliśmy wielu ludzi, którzy widząc w nas zagubionych i szukających hotelu turystów, starali się nam pomóc (niektórzy chcieli za taką pomoc jakąś zapłatę, a inni robili to bezinteresownie. My od początku zawsze mówiliśmy na wstępie NO MONEY). Udało nam się znaleźć bardzo tani hotel (za dwa pokoje wyszło po 50 Dh na osobę za noc, czyli niecałe 5€) w Medynie, czyli starej części miasta. Byliśmy rzut beretem od głównego placu, gdzie koncentrowało się życie (i tłumy turystów niestety...).
Spędziliśmy tam 3 noce. Jedliśmy typowo marokańskie dania, piliśmy mnóstwo pysznej herbaty i świeżo wyciśniętych soków pomarańczowych, obeszliśmy souki, czyli typowe targowiska- obkupilismy się w skórzane torby, buty, Markus kupił skórzaną kurtkę; nauczyliśmy się targowania, aż obrażeni sprzedawcy niemal wyrzucali nas ze swoich stoisk; raz z Moniką i Magdą zapytałyśmy jakiegoś miejscowego o miejsce, gdzie są stoiska ze skórzanymi wyrobami, a ten przez 15 min prowadził nas jakimiś uliczkami, aż doszliśmy do... garbarni. Czyli do miejsca, gdzie przerabia się skóry na torebki, kurtki, itp. Dodam tylko, że był już wieczór i padał deszcz. I weź potem wróć do miejsca, skąd przyszedłeś! Na szczęście miejscowi zawsze pomagali i wskazywali drogę.
Typowe marokańskie ornamenty. I portret króla- obowiązkowy element wystroju KAŻDEGO kramu, hotelu, mieszkania, sklepiku, restauracji...

Jedna z "restauracji" na głównym placu miasta. Tanio i całkiem smacznie.

Wszyscy tam jedli!



Magda targuje się o torebkę po raz setny.


Tak nas zachęcano do kupna szali. A ja już wiem, jak zrobić takie nakrycie głowy! Na zdjęciu Monika.

Normalny widok na ulicy


Poli, Magda, ja


W dalszych planach była pustynia i nocleg u berberyjskiej rodziny, którą też znaleźliśmy przez couchsurfing. Jednak w międzyczasie okazało się, ze tamta rodzina nie mogła wszystkich przenocować, a pogoda trochę się popsuła- każdego dnia padał deszcz i było zimno, więc po długich rozmowach postanowiliśmy zmienić plany- pojechaliśmy na północ, do Fezu. Słyszeliśmy wiele dobrych rzeczy o tym mieście, więc wybór wydawał się właściwy.

Przystanek trzeci: Fez
Najgorszym aspektem tej podróży była cena (prawie 20€!!! jak na Portugalię to i tak za mało za siedmiogodzinną podróż pociągiem, ale w Maroko za  tę cenę można przeżyć przez kilka dni..), ale na szczęście pogoda się poprawiła, no i Fez przywitał nas z gościnnością. Było tam znacznie mniej turystów, niż w Marrakeszu (powiedziałabym nawet, że turystów nie było prawie wcale), więc od samego początku ludzie oferowali nam zniżki w swoich hotelach, restauracjach itp. Znaleźliśmy nocleg u miejscowej rodziny, która oferowała swoje pokoje turystom. Mieliśmy naprawdę komfortowy nocleg za niewielkie pieniądze (znów mniej, niż 5€ za noc) i "przyjaciół", którzy zawsze nam pomagali i oprowadzali po mieście. Jedliśmy typowe marokańskie naleśniki z miodem na śniadanie, piliśmy herbatę i wczuwaliśmy się w klimat 'kawiarni', gdzie miejscowi mężczyźni grywali w karty, popijając kawę i herbatę (alkoholu się tam nie pija). Mieliśmy 'swoją' restaurację, gdzie właściciel pierwszego dnia obniżył dla nas cenę "obiadu dnia" z 70 Dh do 45 Dh, w następnych dniach za lojalność zapłaciliśmy tam kolejno 40 Dh i 35 Dh.
Chodziliśmy po warsztatach rzemieślników i targowiskach. Zszokowały nas ceny- w Marrakeszu była sytuacja, gdy jakaś Rosjanka kupiła szal za 360 Dh. Zaraz po niej Magda po długich negocjacjach kupiła dwa (!) szale za 200 Dh. Była z siebie niesamowicie dumna- do czasu gdy obeszliśmy targowiska w Fezie. Tam za identyczne szale płaciło się 40 Dh za sztukę (100 Dh to w najprostszym przeliczeniu 10€).
Jednego wieczora chodziliśmy po uliczkach Medyny i zostaliśmy zagadani przez miejscowego chłopaka. Zaprowadził nas do swojego domu, gdzie rodzina miała warsztat wyrobów materiałów z włókna kaktusa- od początku do końca produkcji; od zwykłych włókien aż do utkanych chust i narzut. Posiedzieliśmy u nich w domu, wypiliśmy herbatę, pogadaliśmy o dwóch żonach właściciela i po ok. 1,5 godziny wróciliśmy do siebie.
Za każdym razem, gdy przechodziliśmy obok sąsiadującego z naszym domem sklepu z dywanami, jego właściciel nas zagadywał i wypytywał o odwiedzenie go. No to jednego dnia "a niech mu będzie", weszliśmy tam i bez większego zainteresowania zaczęliśmy oglądać dywany. Nagle znikąd obskoczyło mnie dwóch sprzedawców i zaczęło rozkładać przede mną kolorowe tkaniny. Ja oniemiałam, a reszta naszej ekipy zaczęła dla żartu (HA HA HA...)  mówić sprzedawcom, że szukam dla siebie małego dywanu. No to zaczęli rozkładać kolejne, w dodatku w różnych wariacjach kolorystycznych i coraz niższych cenach. Ja na to, że mam mały bagaż i nie mogę takiego pakunku zabrać do samolotu.  Już chcę wychodzić. A ci zaraz na klęczki i zaczynają na ziemi zwijać mi te dywany w najmniejsze zawiniątka, byleby tylko wpakować do torby... Wyszłam, a moi znajomi zwijali się ze śmiechu. DZIĘKI. (Dywanu ostatecznie nie kupiłam).



Tak właśnie graliśmy z miejscowymi w arabskie karty i piliśmy marokańską herbatę

"kawiarnia" :)

To miejsce, gdzie wyrabia się skóry

Osioł to w starej części Fezu "lokalna taksówka"- na ulicach nie ma samochodów, więc do transportu służą jedynie zwierzęta.

Widok na Medynę, starą część miasta

Jeśli kiedyś napisałam, że w Portugalii ulice są ciasne i kręte, to nie wiedziałam, o czym mówię. W starej części Fezu jest 9400 uliczek (!!!), które są tak poplątane, że nie sposób tam się nie zgubić, jeśli jest się bez przewodnika.

:)

Mistrz drugiego planu!

Tutaj wyrabia się tkaniny

Zmęczona ja w nowej czapce i szalu.

W zasadzie Maroko bardzo mi przypadło do gustu i mam w planach wrócić tam po raz kolejny. Tym razem pojadę na wybrzeże i na pustynię, a zakupy będę robić tylko w Fezie :)


Żeby zamknąć historię to dodam, że Monika też kupiła sobie w Maroko czapkę.
I zgubiła ją w drodze do Coimbry.
Przeznaczenie to przeznaczenie.


Opis z dalszej części wyprawy, czyli Madrytu, w kolejnym wpisie za kilka dni.

Dzięki za cierpliwość w czytaniu :)

poniedziałek, 13 stycznia 2014

grudzień- miesiąc słońca i długich kolacji

Obiecane, trochę spóźnione, ale są- zdjęcia z grudnia! (no i kilka ostatnich ze stycznia)
lecą chronologicznie:

Na początku za sprawą jednego z naszych gości mieliśmy wieczór sushi...
..prezentowało się wspaniale i równie świetnie smakowało!

Kolejny miły wieczór to urodziny naszego współlokatora Dawida
tradycyjnie 'niespodziankowy' tort ze świeczkami...
...dużo śmiechu...
...i śpiewanie obciachowych piosenek.

 A tymczasem, gdy w Polsce szalał Ksawery...

[spacer do ogrodu botanicznego:]












listeczek i liścior

Bambusy próbujące wleźć na bambusy

śliczna ta Coimbra w grudniu!
 W naszej kuchni już od listopada stała choinka, a przy gotowaniu śpiewaliśmy jakieś badziewiaste świąteczne radiowe hiciory, więc nie mogło też zabraknąć kolacji świątecznej!

jedzenie może mało wigilijne, ale krokiety były! (no ok, z mięsem...)

nasza stylowa choinka i równie stylowy święty mikołaj w wydaniu suferskim


nikogo nie ominęło kolanko świętego mikołaja
Trudno w to uwierzyć, ale to zdjęcie było zrobione kilka dni temu! No dobra, może nie jest to do końca prawidłowy odczyt, bo termometr stoi w słońcu, ale ten dzień rzeczywiście był niesamowicie ciepły- w ciągu dnia siedziałam na tarasie w krótkich spodenkach, japonkach i cieniutkiej koszulce. Mmmmmm...

Jeszcze kilka zdjęć z tego wiosennego dnia:


Na samym szczycie wzgórza widać kilka budynków uniwersyteckich. A domy to w zasadzie w całej centralnej części Coimbry wyglądają właśnie tak, jak powyżej...

...i wiele z nich jest niestety zaniedbanych.

typowy bar, gdzie 'lokalsi' przychodzą na kawę, małe piwo albo ciastko



A to jeden z ostatnich wieczorów; na pierwszym planie chłopak z Francji (couchsurfer), który zatrzymał się u nas na kilka nocy
Jak widać na zdjęciu, zdarzyło nam się nocować couchsurferów. W sumie w ciągu semestru daliśmy nocleg 6 osobom właśnie przez couchsurfing. No i przyznać muszę, że to sama przyjemność mieć takich gości, jakich mieliśmy- a to ktoś pośpiewa, albo na gitarze pogra, przyrządzi coś dobrego, pogada, opowie historie życia, albo wprawi wszystkich w gromki śmiech.
Sama też w Portugalii kilkukrotnie korzystałam z takiego noclegu i w planach jest kolejne kilka- już jutro w nocy zaczyna się nasza wyprawa do Maroko!
Najpierw jazda do Porto, stamtąd lot do Madrytu, tam kilka godzin w oczekiwaniu na lot do Rabatu. W Rabacie spędzimy noc i wg planów kolejnego dnia wyruszymy wypożyczonym autem do Marrakeszu. Tam noclegi najprawdopodobniej w hostelu (udało nam się znaleźć jakiś mega tani, 3.5€ za noc [!!!], ale wolimy go najpierw sprawdzić przed podjęciem decyzji o zostaniu tam na noc). Dalej w planach jest przejazd w góry Atlas i 2-3 noclegi właśnie przez couchsurfing u tradycyjnej rodziny  Berberów (!!!). Bez obaw, sprawdzona miejscówka- ma tylko bardzo dobre opinie wśród chouchsurferów, więc można zaufać. No i co najlepsze, dom naszego hosta jest w osadzie, która jest wpisana na listę UNESCO i kojarzona jest z wielu filmów (np. Gladiator, Klejnot Nilu) (zdjęcia osady do zobaczenia TU).

Tak wygląda mniej więcej nasz plan na tygodniowe odkrywanie Maroko.
A z Rabatu lot znów do Madrytu i tam spędzę kolejne 5 dni- jak na razie planów brak, ale najprawdopodobniej poszukamy kogoś przez couchsurfing i jakoś to będzie :).