poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Lisbooooooaaaaa! [2]

Kolejne dwa dni pobytu w Lizbonie za mną.
Przedwczoraj mieliśmy udać się na plażę, ale jednak plany uległy zmianom. Pojechaliśmy do Sintry- miasteczka położonego ok. 30 km na zachód od Lizbony. Powłóczyliśmy się trochę po mieście [Wróć. Najpierw przez pół godziny objeżdżaliśmy wszystkie wąskie uliczki zapchane z każdej strony autami w poszukiwaniu miejsca parkingowego. Dodam tylko, że Portugalczycy są mistrzami w przeciskaniu się samochodami w najciaśniejszych uliczkach i parkowaniu dosłownie wszędzie. A no i wszędzie jest wąsko i pod górę]. Pedro pokazał nam też, gdzie znajduje się jego ulubiona ciastkarnia [pastelaria], gdzie oczywiście każdy kupił sobie po ciastku [wypiek pierwsza klasa!]

Queijada de Sintra

Travesseiro de Sintra
Sintra słynie z zamku położonego na wzgórzu. Nie mieliśmy czasu na zobaczenie go od środka [na zewnątrz też nie, bo nawet wejście do ogrodów było płatne..], bo dziewczyny musiały tego samego dnia dostać się wieczorem na stację kolejową w Lizbonie. Zamiast tego pojechaliśmy na zachód, samiuśieńki zachód, czyli na Cabo da Roca- najdalej wysunięty na zachód punkt kontynentu [dzień był wietrzny, a tam wiałoooo, że ho ho!].

kropidłowskie nogi na końcu Europy


to już powrót do Lizbony- gelado i ekipa z dżipa, a w zasadzie to z Chevroleta


 Wczoraj pojechałam z Petrovem do centrum Lizbony i w zasadzie przez cały dzień włóczyliśmy się po najstarszych dzielnicach miasta- Bairro Alto, Baixa i Alfama.

Z ciekawostek: gdy szliśmy uliczką, która jak żadna inna słynie z fado [tam narodziło się fado; stamtąd właśnie pochodziło wielu wykonawców tej muzyki], Petrov wskazał mi jeden z domów i powiedział, że w nim znajduje się jego ulubiona chińska restauracja. Poszliśmy tam później i jak się okazało, jest to nielegalna mini-restauracja urządzona w mieszkaniu właścicieli na ostatnim piętrze. W dwóch niewielkich pokojach postawiono jedynie po jednym stole i kilku krzesłach. To tyle. Ale przyznać muszę, że jedzenie było przepyszne. Jedliśmy tam chyba z godzinę, bo nie dość, że dostaliśmy ogromne ilości jedzenia, to jeszcze po raz pierwszy jadłam posiłek pałeczkami. Musiałam budzić współczucie, bo Petrov kilkukrotnie zapytał mnie, czy chcę sztućce, ale ja nie poddałam się [!] i walczyłam dzielnie do końca.

domy przy 'uliczce fado' przyozdobione były portugalskimi gitarami, którymi przygrywa się do fado

Widok z okna chińskiej restauracji. Proszę zwrócić uwagę na starszych panów grających na dole w karty (po lewej) oraz na suszące się za oknem czerwone gacie (po prawej).


 Wieczorem udałam się z Petrovem i jego dziewczyną do dzielnicy Bairro Alto, żeby tam w jednej z knajpek napić się Sangrii i posłuchać na żywo fado. Bardziej portugalskiego wieczoru nie dało się wymyślić :).

sobota, 24 sierpnia 2013

Lisbooooooaaaaa!

Jestem na miejscu od wczoraj. Właśnie korzystam z faktu, że Petrov robi obiad dla nas wszystkich i mam chwilę czasu, aby zdać krótką relację.

Krótka relacja w wersji mini: Łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaał, tu jest pięknie!

Krótka relacja w wersji maxi: Wczoraj cała ekipa (Petrov, jego kolega Pedro oraz dwie couchsurferki z Włoch) odebrała mnie z lotniska i zabrała tu:



 Tyle mi wystarczyło, żeby już nie czuć zmęczenia po ponad 24-godzinnej podróży:)

W nocy pojechaliśmy do centrum i mogliśmy poczuć klimat nocnej Lizbony. Ludzi wszędzie peeeeeełno- w każdej wąskiej uliczce ukrytych jest kilka niewielkich knajpek, w których przebywa pełno młodych ludzi. Jeszcze więcej siedzi na chodnikach, stoi na ulicach lub tańczy.W zasadzie to życie toczy się na okrągło aż do rana.


Dziś dostałyśmy tylko polecenie- wkładajcie bikini i lecimy na wycieczkę.
No to siema, lecimy:)

czwartek, 22 sierpnia 2013

adeus

Po długiej walce z walizką i stosami ubrań, które chciały do niej wejść, mogę w końcu powiedzieć: SPAKOWAŁAM SIĘ [dajcie mi tu tego, co wymyślił limit bagażu 20kg...].

Dziś wieczorem jazda do Warszawy, stamtąd jutro rano wylot do Lizbony z przesiadką w Brukseli. W Lizbonie spędzę 3-4 dni u Petroviniego- kolegi z couchsurfingu, po czym jakoś przetransportuję się do Coimbry.
 Taki jest plan.
Poprzednie plany całkowicie uległy zmianie- miało być szukanie mieszkania na miejscu, ale już jest znalezione. Miał być kurs językowy, a będą trzytygodniowe wakacje [no chyba, że wbiję na kurs na partyzanta]. Zapowiada się ciekawie.

Trzymajcie kciuki, adeus!

sobota, 17 sierpnia 2013

cześć

To jest miejsce, gdzie po wyjeździe będę umieszczać niekiedy jakieś wpisy, zdjęcia i tego typu atrakcje. Nie było pomysłu na pierwszy wpis, jednak życie podsunęło mi dziś coś w sam raz na wstęp:

w przesądy, horoskopy i wróżkom nie wierzę. Los chciał, że dziś w południe podwiózł mnie na stopa Pan bioenergoterapeuta-jasnowidz-tarocista-wróżbita Tomasz. W jego bajce w przyszłości zwiążę się z cudzoziemcem i spędzę życie za granicą, pracując w zawodzie związanym z moimi studiami. A za dwa lata będę miała już dziecko (zna się chłop na rzeczy- jak już jechać, to po bandzie).






No to co, w czwartek kurs na południe!