No i mamy już początek stycznia- nie wiem nawet, kiedy to tak szybko zleciało.
W grudniu miałam 3 egzaminy- jeden z jęz. portugalskiego, jeden z Geografii kulturowej, a jeden z "Populacji, mobilności i rozwoju". A wczoraj rano (!!!) (KTO robi egzamin zaraz po Nowym Roku, w piątek 3 stycznia o 9 rano!? Ci Portugalczycy rzeczywiście mają coś nie tak z poczuciem czasu...) miałam kolejny egzamin, tym razem z Planowania przestrzennego (dodam PORTUGALSKIEGO planowania przestrzennego- jakieś ustawy; pojawiło się pytanie o system terytorialny przed którymśtam rokiem, o którym oczywiście nie miałam pojęcia ;) Ale otuchy dodaje mi fakt, że wykładowca tego przedmiotu prawie wcale nie mówi po angielsku, więc widząc moje starania pewnie postanowi zaliczyć ten egzamin, żeby nie musieć się ze mną męczyć po raz kolejny. Dziwi mnie tylko to, że na początku roku bez cienia wahania zgodził się na mój egzamin po angielsku, a potem nie potrafił mi nawet po angielsku wytłumaczyć zakresu materiału.). W połowie stycznia czeka mnie kolejny egzamin, ale o niego się nie martwię się ani trochę, bo wykłady były dość przejrzyste i zrozumiałe, mam dużo dodatkowych dobrych materiałów do nauki, no i wykładowczyni to naprawdę spoko babka, która zna i lubi wszystkich swoich studentów. Podczas jednych zajęć zdarzyła mi się z nią rozmowa po portugalsku na temat klubów i barów w Coimbrze :).
Wszystkie wykłady w ciągu semestru miałam po portugalsku, więc nauka do egzaminów była nieco utrudniona, ale nie było tak źle. Tłumaczyłam sobie materiały na angielski i w ten sposób starałam się jakoś nauczyć. Niektórzy wykładowcy dali mi nawet artykuły albo fragmenty książek po angielsku.
Kilka razy spędziłam też całe dnie w bibliotekach, studiując jakieś opasłe książki, żeby napisać eseje na zaliczenie przedmiotów. Nie było łatwo znaleźć materiały po angielsku, ale cośtam udało się wygrzebać. W zasadzie to nawet podoba mi się to, że postawiono przede mną dość nowe wyzwanie (albo sama je sobie postawiłam, wybierając Portugalię..?), które na początku wydawało się niemożliwe do ogarnięcia. A teraz myślę sobie tylko "spokojnie, bez stresu, dasz radę" i jakoś wszystko idzie do przodu. Wyników jeszcze nie mam, ale w razie czego jestem gotowa na egzaminy powtórkowe, które są pod koniec stycznia. Wtedy już będzie mi łatwiej się do nich przygotować, bo mniej więcej wiem, czego wymagają poszczególni wykładowcy i na czym powinnam się skupić.
Mówiąc w skrócie- nie ma tragedii; Rodzice- nie martwcie się :).
Po świętach obfitych w domowe jedzenie (no w końcu!), spotkaniach (choć krótkich) z osobami, których mi brakowało, przyszło się zbierać z powrotem do Portugalii. Podróż zaczęła się już 30.12, kiedy to pojechałam do Poznania. Kolejnego dnia z samego rana wyjazd do Berlina, potem oczekiwanie na lot, dalej lot do Lizbony... W Sylwestra spędziłam jakieś 16 godzin w podróży, co było dość męczące- w lizbońskim hostelu padłam na łóżko cała wymęczona brakiem snu i targaniem ciężkiego bagażu. No ale jak by nie było, pierwszy raz miałam okazję witać Nowy Rok w Lizbonie, więc naszą grupką wybraliśmy się na główny plac miasta (Praça do Comércio), żeby pooglądać sztuczne ognie (i nawet tam, pośród wielotysięcznego tłumu, natrafiliśmy przypadkiem na naszych znajomych erasmusów z Coimbry). Potem rzeka ludzi udała się w kierunku Bairro Alto- barowo-imprezowej dzielnicy miasta. Poszliśmy i my, pomimo deszczu, który zaczął padać po północy. No i tam zabawiliśmy oczywiście.
Kolejny dzień spędziliśmy włócząc się po mieście. Pogoda sprzyjała- owszem, nie było słońca, ale przynajmniej było ciepło i nie padało. Znów skoczyliśmy do nielegalnej chińskiej restauracji i przeszliśmy się po Alfamie, Baixy i Bairro Alto (zdjęć niestety nie mam, bo nie mieliśmy ze sobą aparatu. Jednak jeśli ktoś chce poczuć klimat Alfamy, najstarszej dzielnicy miasta, to niech obejrzy to video: http://www.youtube.com/watch?v=w1rshYPjzLs. Wystarczy zmienić w wyobraźni pogodę- dodać chmury i zdjąć z drzew trochę liści. Wiele budynków jest opuszczonych i zaniedbanych, ale to tworzy niesamowity klimat. No i po raz kolejny lokalni mieszkańcy zagadujący nas co chwilę).
Do Coimbry wróciłam 2.01, przywitał mnie oczywiście deszcz. W ostatnich dniach nad Portugalią ciągle chmury, więc nie ma dnia bez deszczu. Co najgorsze, w czasie sylwestrowo-świątecznym w naszym mieszkaniu nie było nikogo, więc gdy wróciłam, to zastałam wszędzie pełno wilgoci i przeszywające zimno. Do teraz mam włączony w pokoju elektryczny grzejniczek, żeby wywabić tę wilgoć ze ścian, ubrań i pościeli (bleeeee). Na szczęście w moim pokoju nie mam aż takich problemów, jak niektórzy moi współlokatorzy- w dwóch pokojach na poddaszu grzyb rozwijał się wesolutko podczas świąt i teraz fragmenty ścian są czarne (mieliśmy dziś w mieszkaniu konkurs na grzybiarza roku- wygrała Monika i jej grzyb spod okna; nagrodą był Złoty Grzyb).
Zdjęć z deszczowej Coimbry niestety nie mam, choć mam w planach wybranie się w tym tygodniu na miasto z aparatem, żeby wstawić jakieś zdjęcia. Czyli już postanowione- w ciągu tygodnia wstawię jakieś zdjęcia z grudnia i trochę z bieżących dni :)
PS Aaaaaaaah, niemal zapomniałam o tym, że ktoś czeka na obiecane pozdrowienia! Buziaki lecą dla ludzi z licealnej ekipy, z którymi przegadałam jeden z bardzo miłych grudniowych wieczorów i którzy (jak się okazało) odwiedzają tego bloga częściej, niż ja (oj Ala, nieładnie nieładnie). Dlatego obiecuję, że się poprawię i zacznę publikować więcej postów!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lizbona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lizbona. Pokaż wszystkie posty
sobota, 4 stycznia 2014
niedziela, 3 listopada 2013
październik
Wiem, wiem, dużo czasu zajęło mi napisanie kolejnego posta. W ciągu tej przerwy (1,5 miesiąca!!! niewiarygodne, jak to szybko zleciało...) wiele się wydarzyło. Po kolei:
Pod koniec września (20-24.09) postanowiliśmy skorzystać z wciąż pięknej, letniej pogody, więc zorganizowaliśmy wycieczkę krajoznawczą. Ruszyliśmy na południe ekipą z naszego mieszkania w składzie: Markus i jego auto, Klaudia (koleżanka jednej z Monik, która postanowiła przyjechać w odwiedziny) oraz 'polish mafia'- Monika, Monika i ja. Najpierw pojechaliśmy autem do Peniche- małej miejscowości słynącej z surfingu. Postanowiliśmy ciąć koszta, więc spaliśmy w namiocie; cały plan oszczędzania legł w gruzach po tym, jak omamieni głodem postanowiliśmy zjeść w restauracji. I to nie raz! Sardynki, wino i tym podobne rewelacje, a potem rozpacz, gdy pod koniec miesiąca zaczęliśmy sprawdzać stan naszych kont. Cóż. Wakacje ma się tylko raz w roku. Tak to sobie powtarzamy.
Trzeciego dnia naszego pobytu ruszyliśmy do Lizbony. Jako że wcześniej poznałam Lizbonę w towarzystwie osoby mieszkającej tam, to tym razem pełniłam rolę przewodnika pokazującego najciekawsze miejsca w mieście. Były tradycyjne ciastka z dzielnicy Belem (ojeeeeju, najlepsze w całej Portugalii!), nielegalna chińska restauracja (poprzedzona godzinnym gubieniem się w uliczkach Alfamy, najstarszej dzielnicy miasta; dalej nie potrafię sprecyzować, przy której ulicy mieści się tamta kamienica) i przejazd tradycyjnym tramwajem. Miejsce na noclegi znaleźliśmy przez couchsurfing, więc znów zaoszczędziliśmy trochę kasy. I znów wydaliśmy z nawiązką z okazji naszego 'weekendu turysty'.
Potem nadszedł październik. Po raz pierwszy w życiu mogłam urządzić w moje urodziny grilla i siedzieć na tarasie do późnej nocy. Kocham portugalski klimat :). Moi współlokatorzy zrobili mi wspaniałą niespodziankę- w tajemnicy upiekli wielki pastel de nata (to jest to tradycyjne ciastko, które jest na zdjęciach gdzieś wyżej. Pomysł na prezent wziął się stąd, że za każdym razem, gdy idziemy na kawę do kawiarni, to zamawiamy właśnie pastel de nata- każda szanująca się kawiarnia/ciastkarnia (pastelaria) wyrabia własne słodycze i wszędzie można znaleźć te same tradycyjne wyroby, jednak różniące się smakiem. Nieoficjalnie głównym celem naszego pobytu w Portugalii jest znalezienie ciastek dorównującym tym z Belem.
Październik jest w Portugalii miesiącem caloiros, czyli studentów pierwszego roku. No może źle się wyraziłam- jest to bardziej miesiąc męczenia ich. Już właściwie od początku roku akademickiego, czyli od połowy września, można było zobaczyć caloiros chodzących na czworaka, robiących pompki, chodzących w dziwnych pozycjach (wszystko robione ze spuszczonym wzrokiem!), czy wyśpiewujących w grupach piosenki wychwalające swój wydział, a wszystko na terenie uniwersytetu lub na głównym placu miasta i pod czujnym okiem studentów kolejnych lat [ktoś z pilnujących zawsze trzymał w rękach wielką drewnianą łyżkę (???)]. Ci starsi zakładali wtedy tradycyjny strój studentów z Coimbry- czarny garnitur/garsonkę, a na to czarna kapa- peleryna przypominająca strój Harry'ego Pottera. Każdy ubiera to podczas studenckich uroczystości/tradycyjnych wydarzeń, a niektórzy nawet na co dzień podczas zajęć. Ciekawostka- to właśnie Uniwersytet w Coimbrze był dla J.K. Rowling inspiracją przy pisaniu jej książek!
Oczywiście wokół tłum ludzi do białego rana.
Ja następnego dnia miałam zajęcia od 9 rano- jest to trochę dziwne, gdy na zajęcia idziesz w to samo miejsce, w którym jeszcze kilka godzin temu się bawiłeś i służby miejskie zamiatają ci spod nóg rozbite szkło i plastikowe kubeczki. Tu pasuje często powtarzane przez nas hasło- Portugalia to stan umysłu.
W październiku byliśmy też na meczu eliminacji do Mistrzostw Świata- na stadionie w Coimbrze grała drużyna Portugalii z drużyną Luksemburga.
W tamtym miesiącu stwierdziliśmy też, że nie chcemy każdego weekendu spędzać w Coimbrze, więc zrobiliśmy sobie 2 małe wycieczki- do Fatimy i do Lousã (miasteczka położonego blisko Coimbry, na terenie którego znajduje się m.in. zamek).
Fatima:

Pod koniec września (20-24.09) postanowiliśmy skorzystać z wciąż pięknej, letniej pogody, więc zorganizowaliśmy wycieczkę krajoznawczą. Ruszyliśmy na południe ekipą z naszego mieszkania w składzie: Markus i jego auto, Klaudia (koleżanka jednej z Monik, która postanowiła przyjechać w odwiedziny) oraz 'polish mafia'- Monika, Monika i ja. Najpierw pojechaliśmy autem do Peniche- małej miejscowości słynącej z surfingu. Postanowiliśmy ciąć koszta, więc spaliśmy w namiocie; cały plan oszczędzania legł w gruzach po tym, jak omamieni głodem postanowiliśmy zjeść w restauracji. I to nie raz! Sardynki, wino i tym podobne rewelacje, a potem rozpacz, gdy pod koniec miesiąca zaczęliśmy sprawdzać stan naszych kont. Cóż. Wakacje ma się tylko raz w roku. Tak to sobie powtarzamy.
| 'polish mafia' |
| widok na zatokę w Peniche |
| ekipa w komplecie pod Pomnikiem Odkrywców |
| historyczny moment. pastel de Belem w dłoni, jest radość |
| słynne pasteis de Belem a cukrem pudrem i cynamonem |
| gra w piłkarzyki z Andre, który zapewnił nam nocleg. (nasza drużyna wygrała rozgrywkę!) |
| przejażdżka słynnym tramwajem nr 28 |
| Kolejny raz w nielegalnej chińskiej restauracji. Kiedy słownik przestał dawać radę z nazwami, postanowiliśmy brać potrawy w ciemno... |
| ...i wszystkie z nich były bardzo dobre, choć połączenie potraw było pewnie dość zaskakujące dla osoby, która przyjęła zamówienie;) |
| Przeogromny pastel de nata. I przepyszny! |
| . |
| większość osób ze zdjęcia to moi współlokatorzy (choć jeszcze nie wszyscy, brakuje dwóch osób), a dodatkowo są tu dwie dziewczyny, które były w tym czasie naszymi gośćmi |
Październik jest w Portugalii miesiącem caloiros, czyli studentów pierwszego roku. No może źle się wyraziłam- jest to bardziej miesiąc męczenia ich. Już właściwie od początku roku akademickiego, czyli od połowy września, można było zobaczyć caloiros chodzących na czworaka, robiących pompki, chodzących w dziwnych pozycjach (wszystko robione ze spuszczonym wzrokiem!), czy wyśpiewujących w grupach piosenki wychwalające swój wydział, a wszystko na terenie uniwersytetu lub na głównym placu miasta i pod czujnym okiem studentów kolejnych lat [ktoś z pilnujących zawsze trzymał w rękach wielką drewnianą łyżkę (???)]. Ci starsi zakładali wtedy tradycyjny strój studentów z Coimbry- czarny garnitur/garsonkę, a na to czarna kapa- peleryna przypominająca strój Harry'ego Pottera. Każdy ubiera to podczas studenckich uroczystości/tradycyjnych wydarzeń, a niektórzy nawet na co dzień podczas zajęć. Ciekawostka- to właśnie Uniwersytet w Coimbrze był dla J.K. Rowling inspiracją przy pisaniu jej książek!
| witamy w Hogwarcie |
| dzień jak co dzień dla świeżaków |
Oczywiście wokół tłum ludzi do białego rana.
Ja następnego dnia miałam zajęcia od 9 rano- jest to trochę dziwne, gdy na zajęcia idziesz w to samo miejsce, w którym jeszcze kilka godzin temu się bawiłeś i służby miejskie zamiatają ci spod nóg rozbite szkło i plastikowe kubeczki. Tu pasuje często powtarzane przez nas hasło- Portugalia to stan umysłu.
Każdy inny dzień kończył się kilkoma koncertami w wielkim namiocie ustawionym po drugiej stronie rzeki. Pozostałe miejsca spotkań- nawet te, na których normalnie każdej nocy gromadzą się tłumy, były opustoszałe.
Największą atrakcją Latady była parada. Studenci pierwszego roku byli przebrani w kolorowe stroje (każdy wydział odznaczał się innym kolorem) i szli spod uniwersytetu do rzeki, aby tam przyjąć 'chrzest'.
Zdjęcia z początku parady- spod uniwersytetu
Zdjęcia z początku parady- spod uniwersytetu
| jakaś grupa studentów przyniosła pod uniwersytet trumnę (???) |
W październiku byliśmy też na meczu eliminacji do Mistrzostw Świata- na stadionie w Coimbrze grała drużyna Portugalii z drużyną Luksemburga.
W tamtym miesiącu stwierdziliśmy też, że nie chcemy każdego weekendu spędzać w Coimbrze, więc zrobiliśmy sobie 2 małe wycieczki- do Fatimy i do Lousã (miasteczka położonego blisko Coimbry, na terenie którego znajduje się m.in. zamek).
Fatima:
| osoby mające jakieś intencje wrzucały świece do ognia; niektórzy wrzucali po kilkanaście świec (???) albo świece w kształcie części ciała, o które się modlili |
| miejsce, w którym pastuszkowie doznawali objawień |
| żeby nie było, że mnie tam nie było :) |
| kup Jezusa albo kota. żadne miejsce nie ucieknie od jarmarcznej atmosfery. |
Lousã:
| śliczne, prawda? |
| w Lousã tego dnia akurat odbywał się pchli targ.. no i godzina spędzona na oglądaniu i kupowaniu..:) |
| cała ekipa |
| :) |
Subskrybuj:
Posty (Atom)
