Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polish mafia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polish mafia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lutego 2014

Madryt

Okej, trochę późno wstawiam posta, ale to przez zamieszanie związane z wyjazdami obecnych i przyjazdami nowych studentów. Z całej naszej dziewięcioosobowej ekipy zostały 3 osoby (Monika, Nunzio i ja), plus dojechały 3 nowe osoby. No cóż, trzeba znów wejść w tryb poznawania nowych osób.

No to teraz trochę o Madrycie:
termin: 22-(26)27.01.2014
skład: Monika, Dawid, Monika, Magda, ja (polska ekipa zebrała się na "pożegnalny" wyjazd)
plan: hmm... przeżyć jak najtaniej, zobaczyć jak najwięcej.

Jako że Madryt jest dość drogim miastem, to znów chcieliśmy skorzystać z couchsurfingu, żeby zminimalizować koszty. Nie było łatwo ze znalezieniem noclegu dla tak wielkiej ekipy, więc musieliśmy się podzielić. Monika, Magda i ja- noclegi u couchsurfera. Dawid i Monika- nocleg u znajomej, potem hostel (jeeeeeeeeeejuś, jak nam wszystkim się serca łamały, jak trzeba było stawić czoła tym 16€ za noc za osobę... no ale cóż, to było jedyne dostępne rozwiązanie).

Razem z Moniką i Magdą byłam już po tygodniowym pobycie w Maroko, czyli: 1) nie miałyśmy już zbyt wielkich zapasów pieniędzy; 2) nie miałyśmy już czystych ubrań, czyli stosowałyśmy zasadę "okej, ta rzecz nie śmierdzi tak bardzo, zakładam ją po raz trzeci".

Żeby zaoszczędzić kasę, staraliśmy się jadać jak najtaniej- głównie coś po taniości z supermarketu, a obiady w miejscu serwującym przekąski o magicznej nazwie TAPAS. Pewnie dla kogoś, kto był w Hiszpanii, trochę dziwne może wydać się jedzenie obiadów w barze tapas. Jest to miejsce, gdzie zamawiając szklankę piwa (normalnie kosztuje 2-2.5 €), dostaje się małą przekąskę (tapas)- czyli zazwyczaj jedną lub dwie małe kanapeczki. My jednak znaleźliśmy miejsce, gdzie to małej szklanki piwa dostawało się wieeeelki talerz przekąsek. Czyli zamawiając w 5 osób: każdy z nas wydawał po 2.5€, a dostawaliśmy razem 5-6 talerzy pełnych dobrych kanapeczek, pieczonych ziemniaków, ryżu, tortilli i jakichś innych rzeczy. Wystarczająco dużo, żeby się najeść do syta, no i cena niezła- nawet za najtańszy zestaw w fastfoodzie płaci się tam 4€.
śniadanie w parku. sałatka na bogato!

Słynny tapas bar i nasze puste talerze (bar nazywał się El Tigre, jeśli ktoś będzie szukał)

Udało się nam też pozwiedzać muzea za darmo- świetną rzeczą w Madrycie było to, że kilka razy w tygodniu największe muzea organizują darmowe wejścia, a dla studentów wejście jest darmowe zawsze. Jako że mieliśmy trochę ograniczony czas, to musieliśmy odpuścić sobie Muzeum Prado, bo na przejście go potrzeba co najmniej całego jednego dnia (mam w planach powrót do Madrytu wiosną, gdy będzie cieplej i obskoczenie tego muzeum właśnie wtedy). Poszliśmy jednak do Muzeum Królowej Sofii, obeszliśmy całe i zobaczyliśmy m.in. Guernicę Pabla Picassa (ten obraz jest ogroooooooooomny! Rzeczywiście robi wrażenie i nie da się przejść obok niego obojętnie).


Monika, Magda, Monika, Dawid




A to i kilka kolejnych zdjęć z muzeum dla niewidomych, gdzie były miniaturowe kopie słynnych budynków, szczególnie hiszpańskich, choć nie tylko. Co było najlepsze, to możliwość dotykania wszystkich eksponatów- specjalnie dla niewidomych, aby mogli poznać eksponaty.




chłopak w środku to Pedro- Chilijczyk, który był również gościem w domu naszego gospodarza; zwiedzał z nami miasto.

znaleźliśmy tak rewelacyjny plac zabaw, że sami też się bawiliśmy... :)

Pałac Kryształowy w Parku Retiro; od lewej Monika, ja Magda



praktykuję sztukę wiązania turbanu...
Dawid w wersji marokańskiej

dodam tylko, że przez pół dnia chodził z tą chustą na głowie :)

To zdjęcie oraz kolejne, to zdjęcia z muzeum sztuki nowoczesnej w Parku Retiro. Nie mam niestety zdjęć z Muzeum Królowej Zofii.



Że też niektórym ludziom wąsów potrzeba, żeby mieli myślącą minę... :)






To jest budynek, który wg nas nosi nazwę MROCZNY BUDYNEK. No spójrzcie! Wygląda demoniczny budynek z kreskówki, na którego szczycie mieszka najczarniejszy charakter. Jeszcze powinien być bat-sygnał na niebie.



Następnym razem wrócę do Madrytu wiosną. Nawet w styczniu było widać ludzi odpoczywających w parkach na trawie, ale wiosną musi być tam naprawdę pięknie.

Ja z Moniką kupiłyśmy bilety powrotne na 27.01, podczas gdy reszta kupiła na dzień wcześniej- a to dlatego, że my dwie kupowałyśmy przez internet te bilety dosłownie kilka minut po pozostałych i nasze nagle zdrożały o 10€. No to postanowiłyśmy kupić na dzień później po tej samej, niższej cenie. Żałowałyśmy tej decyzji niesamowicie, gdy już byłyśmy w Madrycie- bo nie udało nam się znaleźć nikogo, kto by nas przenocował tej ostatniej nocy. Pociąg miałyśmy dopiero późnym wieczorem, więc ewentualny nocleg gdzieś w dworcowej poczekalni nie wchodził w grę, bo trzeba było mieć siły i dobry humor na cały dzień łażenia po mieście.
 
Te 10€ za droższy bilet były niewielkim kosztem w porównaniu do cen hostelów (najtańszy znalazłyśmy za 13€), do których trzeba było doliczyć koszty związane z jedzeniem i biletami za komunikację.

Cały dzień 26.01 żyłyśmy ze świadomością, że będziemy musiały wydać te pieniądze; jednak gdy już pogodziłyśmy się z tą myślą, to poprawiły nam się humory. Postanowiłyśmy zrobić sobie "udany dzień", skoro już było nam przeznaczone zostać w Madrycie dzień dłużej.
Dlatego też 27.01 obudziłyśmy się z całkiem niezłymi humorami. Poszłyśmy znów do Muzeum Królowej Sofii, żeby na luzie obejść resztę wystawy; przekimać się trochę w sali, gdzie wyświetlano pokaz zdjęć; obejrzeć wystawy, z których nic nie rozumiałyśmy (dalej nie rozumiem ludzi, którzy przez cały czas podziwiali kawałek podartego płótna, gdy my obeszłyśmy niemal całą wystawę) i pooglądać filmy.
Postawiłyśmy też, że wydamy kasę na obiad w jakiejś (taniej) restauracji, NO TRUDNO. Szkoda nam było kasy na hiszpańską paellę, o której marzyłyśmy przez cały pobyt w Madrycie, więc poszłyśmy do tańszej chińskiej restauracji. Potem postanowiłyśmy na odrobinę przyjemności i poszłyśmy na dobrą kawę i ciasto do przytulnej kawiarni. Tam znów spędzałyśmy czas na graniu w arabskie karty i żartowałyśmy, że Monika powinna grać w kasynie, bo ma zazwyczaj w tej grze więcej szczęścia, niż ja.


A że akurat w Madrycie salony gier były dosłownie na każdym rogu, to z takim niedowierzaniem, że to robimy, postanowiłyśmy realizować nasz szalony pomysł. Zdecydowałyśmy wydać drobniaki z portfeli, czyli każda z nas po ok. 1.5€, pod żadnym pozorem nic więcej.
Oczywiście nie wiedziałyśmy, jak grać na tych automatach; tym bardziej, że polecenia były po hiszpańsku. Wciskałyśmy więc te przyciski na oślep. Takim sposobem szybko straciłyśmy pierwsze 1.5€. Na koniec wzięłyśmy jakąś inną grę- i jakimś cudem udało nam się wygrać 3€. A gra się nie skończyła, więc grałyśmy dalej. Potem było 5€, 8€... Za jednym razem wyleciało nam 40€!!! Przez moment chciałyśmy się stamtąd zwijać jak najprędzej, bo jakiś podejrzany dziadeczek przy wejściu nas cały czas obserwował, no i byłyśmy jedynymi, którym coś wylatywało z automatu. I jedynymi, które miały z tego taką radochę.

Niestety po ok 10 min skończyła się nasza runda w grze. Postanowiłyśmy, że nie ma sensu ryzykować w dalszej grze i poszłyśmy stamtąd, dalej nie dowierzając w nasze szczęście. Usiadłyśmy w kawiarni, zamówiłyśmy po ogromnej szklance świeżego soku pomarańczowego (swoją drogą to był prawie 5  razy droższy, niż w Maroko...) i policzyłyśmy łupy. Wyszło razem 85€.

Cieszyłyśmy się jak głupie, bo to oznaczało, że całe nasze wydatki z tego dnia się zwróciły i jeszcze wiele zostało. Potem postanowiłyśmy jeszcze raz spróbować szczęścia w kasynie- ustaliłyśmy, że wydamy 3€, nie więcej. Tym razem nie udało nam się wygrać; choć kusiło próbowanie dalej, to nie zdecydowałyśmy się na to (ale już rozumiem, skąd biorą się ludzie wydający majątek w kasynach!).
A potem poszłyśmy na poszukiwania hiszpańskiej paelli z owocami morza, ale na przekór nie mogłyśmy znaleźć żadnego miejsca z dobrą paellą i sensownymi cenami. A gdy nie miałyśmy kasy, to te paelle wyskakiwały na nas z każdego rogu! W końcu coś udało nam się znaleźć, najadłyśmy się, ale to nie był smak, którego poszukiwałyśmy (jest powód, żeby wrócić do Hiszpanii ponownie: znaleźć idealną paellę!).







Ostatecznie ostatni dzień naszego pobytu w Madrycie okazał się być najbardziej niespodziewanym i na pewno tym niezapomnianym.

Teraz na kolejne tygodnie planów brak. Od poniedziałku zaczynają się zajęcia, więc nie będzie tyle czasu na wyjazdy, pewnie będę siedziała w Coimbrze.
Jak coś się będzie działo, to dam znać:).


PS. Buziaki dla Moniki (Chmiela) i Dawida, którzy już są w Polsce. Straciliśmy sporą część naszej polish mafii!
Ojciec Chrzestny polish mafii, czyli Dawciu, tańcujący z Chmielem.

wtorek, 12 listopada 2013

z rozmów ze współlokatorami

Będzie anegdota.
Nasze mieszkanie zamieszkiwane jest przez dwóch Brazylijczyków, dwóch Włochów, jednego Niemca, jednego Polaka i trzy Polki. Wczoraj wieczorem razem ze wszystkimi współlokatorami siedzieliśmy sobie w kuchni i gadaliśmy. Naturalnie nasunął się temat Święta Niepodległości w Polsce, Dawid zaczął pokrótce opowiadać naszym zagranicznym kolegom historię Polski, no i oczywiście wskoczył też temat stosunków polsko-niemieckich. Wtedy odezwał się Marco- Brazylijczyk. To on był osobą, która w wakacje montowała ekipę, która miała zajmować to mieszkanie i pisał do nas wszystkich w sprawie wynajmu i miał kontakt z właścicielem. Wyznał nam, że właściciel był głęboko zaniepokojony, gdy dowiedział się, jakie narodowości będą mieszkać w tym mieszkaniu.


Według niego umieszczenie w jednym mieszkaniu Polaków i Niemców z oczywistych względów powodowałoby kłótnie i nieprzyjaźnie.





Tak zazwyczaj wyglądają nasze polsko-niemieckie relacje: Markus gotuje, my jemy.


niedziela, 3 listopada 2013

październik

Wiem, wiem, dużo czasu zajęło mi napisanie kolejnego posta. W ciągu tej przerwy (1,5 miesiąca!!! niewiarygodne, jak to szybko zleciało...) wiele się wydarzyło.  Po kolei:

Pod koniec września (20-24.09) postanowiliśmy skorzystać z wciąż pięknej, letniej pogody, więc zorganizowaliśmy wycieczkę krajoznawczą. Ruszyliśmy na południe ekipą z naszego mieszkania w składzie: Markus i jego auto, Klaudia (koleżanka jednej z Monik, która postanowiła przyjechać w odwiedziny) oraz 'polish mafia'- Monika, Monika i ja. Najpierw pojechaliśmy autem do Peniche- małej miejscowości słynącej z surfingu. Postanowiliśmy ciąć koszta, więc spaliśmy w namiocie; cały plan oszczędzania legł w gruzach po tym, jak omamieni głodem postanowiliśmy zjeść w restauracji. I to nie raz! Sardynki, wino i tym podobne rewelacje, a potem rozpacz, gdy pod koniec miesiąca zaczęliśmy sprawdzać stan naszych kont. Cóż. Wakacje ma się tylko raz w roku. Tak to sobie powtarzamy.

Markus przez przebywanie non stop w towarzystwie czterech Polek stracił chyba poczucie niemieckości i napisał 'Polska' na szybie. Przypadek sprawił, że w nocy obok naszego auta rozbili namiot jacyś inni Polacy i rano mieliśmy z nich niezły ubaw, jak zawstydzeni zaczęli tłumaczyć się, że to niewytłumaczalne, ale to nie oni napisali.
'polish mafia'

widok na zatokę w Peniche
Trzeciego dnia naszego pobytu ruszyliśmy do Lizbony. Jako że wcześniej poznałam Lizbonę w towarzystwie osoby mieszkającej tam, to tym razem pełniłam rolę przewodnika pokazującego najciekawsze  miejsca w mieście. Były tradycyjne ciastka z dzielnicy Belem (ojeeeeju, najlepsze w całej Portugalii!), nielegalna chińska restauracja (poprzedzona godzinnym gubieniem się w uliczkach Alfamy, najstarszej dzielnicy miasta; dalej nie potrafię sprecyzować, przy której ulicy mieści się tamta kamienica) i przejazd tradycyjnym tramwajem. Miejsce na noclegi znaleźliśmy przez couchsurfing, więc znów zaoszczędziliśmy trochę kasy. I znów wydaliśmy z nawiązką z okazji naszego 'weekendu turysty'.


ekipa w komplecie pod Pomnikiem Odkrywców
historyczny moment. pastel de Belem w dłoni, jest radość
słynne pasteis de Belem a cukrem pudrem i cynamonem
gra w piłkarzyki z Andre, który zapewnił nam nocleg. (nasza drużyna wygrała rozgrywkę!)
przejażdżka słynnym tramwajem nr 28
Kolejny raz w nielegalnej chińskiej restauracji. Kiedy słownik przestał dawać radę z nazwami, postanowiliśmy brać potrawy w ciemno...
...i wszystkie z nich były bardzo dobre, choć połączenie potraw było pewnie dość zaskakujące dla osoby, która przyjęła zamówienie;)
Potem nadszedł październik. Po raz pierwszy w życiu mogłam urządzić w moje urodziny grilla i siedzieć na tarasie do późnej nocy. Kocham portugalski klimat :). Moi współlokatorzy zrobili mi wspaniałą niespodziankę- w tajemnicy upiekli wielki pastel de nata (to jest to tradycyjne ciastko, które jest na zdjęciach gdzieś wyżej. Pomysł na prezent wziął się stąd, że za każdym razem, gdy idziemy na kawę do kawiarni, to zamawiamy właśnie pastel de nata- każda szanująca się kawiarnia/ciastkarnia (pastelaria) wyrabia własne słodycze i wszędzie można znaleźć te same tradycyjne wyroby, jednak różniące się smakiem. Nieoficjalnie głównym celem naszego pobytu w Portugalii jest znalezienie ciastek dorównującym tym z Belem.


Przeogromny pastel de nata. I przepyszny!
.
większość osób ze zdjęcia to moi współlokatorzy (choć jeszcze nie wszyscy, brakuje dwóch osób), a dodatkowo są tu dwie dziewczyny, które były w tym czasie naszymi gośćmi

Październik jest w Portugalii miesiącem caloiros, czyli studentów pierwszego roku. No może źle się wyraziłam- jest to bardziej miesiąc męczenia ich. Już właściwie od początku roku akademickiego, czyli od połowy września, można było zobaczyć caloiros chodzących na czworaka, robiących pompki, chodzących w dziwnych pozycjach (wszystko robione ze spuszczonym wzrokiem!), czy wyśpiewujących w grupach piosenki wychwalające swój wydział, a wszystko na terenie uniwersytetu lub na głównym placu miasta i pod czujnym okiem studentów kolejnych lat [ktoś z pilnujących zawsze trzymał w rękach wielką drewnianą łyżkę (???)]. Ci starsi zakładali wtedy tradycyjny strój studentów z Coimbry- czarny garnitur/garsonkę, a na to czarna kapa- peleryna przypominająca strój Harry'ego Pottera. Każdy ubiera to podczas studenckich uroczystości/tradycyjnych wydarzeń, a niektórzy nawet na co dzień podczas zajęć. Ciekawostka- to właśnie Uniwersytet w Coimbrze był dla J.K. Rowling inspiracją przy pisaniu jej książek!
witamy w Hogwarcie

dzień jak co dzień dla świeżaków

Tutaj zadanie polegało na równoczesnym pokonywaniu schodów przez ok 50 osób, przy jednoczesnym wykrzykiwaniu jakichś konkretnych słów. Jak robili to nierówno- wracali na górę. Stałam przy nich ok. 10 min i nie zeszli niżej niż 3 schody. Dodam, że schodów jest 125.
Głównym studenckim wydarzeniem jesieni jest Festa das Latas (Latada). Odbywa się zawsze w połowie października i trwa tydzień. Całość rozpoczęła się o północy na schodach Se Nova ("Nowa Katedra")- grupa studentów ubrana w tradycyjne stroje uroczyście grała i śpiewała fado, a pozostałe kilka tysięcy studentów ubranych w czarne kapy było zebranych pod świątynią i słuchało w ciszy wykonywanych utworów. Wszystko pięknie ładnie, uroczyście, na koniec jakieś wzniosłe okrzyki (niesamowita sprawa, gdy kilka tysięcy osób wykrzykuje te same słowa jednocześnie!) i oczywiście, jak to w Portugalii, na koniec wszystko sprowadziło się do wielkiej imprezy. Zaraz obok katedry są budynki wydziałów i to właśnie na ich terenie urządzono imprezę- ja akurat byłam na wydziale chemii i tam ustawiona była scena z dj'em. Oczywiście wokół tłum ludzi do białego rana. 
Ja następnego dnia miałam zajęcia od 9 rano- jest to trochę dziwne, gdy na zajęcia idziesz w to samo miejsce, w którym jeszcze kilka godzin temu się bawiłeś i służby miejskie zamiatają ci spod nóg rozbite szkło i plastikowe kubeczki. Tu pasuje często powtarzane przez nas hasło- Portugalia to stan umysłu.
Każdy inny dzień kończył się kilkoma koncertami w wielkim namiocie ustawionym po drugiej stronie rzeki. Pozostałe miejsca spotkań- nawet te, na których normalnie każdej nocy gromadzą się tłumy, były opustoszałe.
Największą atrakcją Latady była parada. Studenci pierwszego roku byli przebrani w kolorowe stroje (każdy wydział odznaczał się innym kolorem) i szli spod uniwersytetu do rzeki, aby tam przyjąć 'chrzest'.  

Zdjęcia z początku parady- spod uniwersytetu

jakaś grupa studentów przyniosła pod uniwersytet trumnę (???)











W październiku byliśmy też na meczu eliminacji do Mistrzostw Świata- na stadionie w Coimbrze grała drużyna Portugalii z drużyną Luksemburga.





W tamtym miesiącu stwierdziliśmy też, że nie chcemy każdego weekendu spędzać w Coimbrze, więc zrobiliśmy sobie 2 małe wycieczki- do Fatimy i do Lousã (miasteczka położonego blisko Coimbry, na terenie którego znajduje się m.in. zamek).
Fatima:
osoby mające jakieś intencje wrzucały świece do ognia; niektórzy wrzucali po kilkanaście świec (???) albo świece w kształcie części ciała, o które się modlili

miejsce, w którym pastuszkowie doznawali objawień

żeby nie było, że mnie tam nie było :)


kup Jezusa albo kota. żadne miejsce nie ucieknie od jarmarcznej atmosfery.





Lousã:




śliczne, prawda?

w Lousã tego dnia akurat odbywał się pchli targ.. no i godzina spędzona na oglądaniu i kupowaniu..:)





choć był to jeden z ostatnich dni października, to temperatura wynosiła ok. 25 stopni! jak widać, wygrzewałyśmy się w słońcu jak koty. A obok widać fragment rzeki, który latem pełni funkcję basenu. Na pewno tam wrócę w przyszłym roku!



cała ekipa

:)