No to teraz trochę o Madrycie:
termin: 22-(26)27.01.2014
skład: Monika, Dawid, Monika, Magda, ja (polska ekipa zebrała się na "pożegnalny" wyjazd)
plan: hmm... przeżyć jak najtaniej, zobaczyć jak najwięcej.
Jako że Madryt jest dość drogim miastem, to znów chcieliśmy skorzystać z couchsurfingu, żeby zminimalizować koszty. Nie było łatwo ze znalezieniem noclegu dla tak wielkiej ekipy, więc musieliśmy się podzielić. Monika, Magda i ja- noclegi u couchsurfera. Dawid i Monika- nocleg u znajomej, potem hostel (jeeeeeeeeeejuś, jak nam wszystkim się serca łamały, jak trzeba było stawić czoła tym 16€ za noc za osobę... no ale cóż, to było jedyne dostępne rozwiązanie).
Razem z Moniką i Magdą byłam już po tygodniowym pobycie w Maroko, czyli: 1) nie miałyśmy już zbyt wielkich zapasów pieniędzy; 2) nie miałyśmy już czystych ubrań, czyli stosowałyśmy zasadę "okej, ta rzecz nie śmierdzi tak bardzo, zakładam ją po raz trzeci".
Żeby zaoszczędzić kasę, staraliśmy się jadać jak najtaniej- głównie coś po taniości z supermarketu, a obiady w miejscu serwującym przekąski o magicznej nazwie TAPAS. Pewnie dla kogoś, kto był w Hiszpanii, trochę dziwne może wydać się jedzenie obiadów w barze tapas. Jest to miejsce, gdzie zamawiając szklankę piwa (normalnie kosztuje 2-2.5 €), dostaje się małą przekąskę (tapas)- czyli zazwyczaj jedną lub dwie małe kanapeczki. My jednak znaleźliśmy miejsce, gdzie to małej szklanki piwa dostawało się wieeeelki talerz przekąsek. Czyli zamawiając w 5 osób: każdy z nas wydawał po 2.5€, a dostawaliśmy razem 5-6 talerzy pełnych dobrych kanapeczek, pieczonych ziemniaków, ryżu, tortilli i jakichś innych rzeczy. Wystarczająco dużo, żeby się najeść do syta, no i cena niezła- nawet za najtańszy zestaw w fastfoodzie płaci się tam 4€.
| śniadanie w parku. sałatka na bogato! |
| Słynny tapas bar i nasze puste talerze (bar nazywał się El Tigre, jeśli ktoś będzie szukał) |
Udało się nam też pozwiedzać muzea za darmo- świetną rzeczą w Madrycie było to, że kilka razy w tygodniu największe muzea organizują darmowe wejścia, a dla studentów wejście jest darmowe zawsze. Jako że mieliśmy trochę ograniczony czas, to musieliśmy odpuścić sobie Muzeum Prado, bo na przejście go potrzeba co najmniej całego jednego dnia (mam w planach powrót do Madrytu wiosną, gdy będzie cieplej i obskoczenie tego muzeum właśnie wtedy). Poszliśmy jednak do Muzeum Królowej Sofii, obeszliśmy całe i zobaczyliśmy m.in. Guernicę Pabla Picassa (ten obraz jest ogroooooooooomny! Rzeczywiście robi wrażenie i nie da się przejść obok niego obojętnie).
| Monika, Magda, Monika, Dawid |
| chłopak w środku to Pedro- Chilijczyk, który był również gościem w domu naszego gospodarza; zwiedzał z nami miasto. |
| znaleźliśmy tak rewelacyjny plac zabaw, że sami też się bawiliśmy... :) |
| Pałac Kryształowy w Parku Retiro; od lewej Monika, ja Magda |
| praktykuję sztukę wiązania turbanu... |
| Dawid w wersji marokańskiej |
| dodam tylko, że przez pół dnia chodził z tą chustą na głowie :) |
| To zdjęcie oraz kolejne, to zdjęcia z muzeum sztuki nowoczesnej w Parku Retiro. Nie mam niestety zdjęć z Muzeum Królowej Zofii. |
| Że też niektórym ludziom wąsów potrzeba, żeby mieli myślącą minę... :) |
Następnym razem wrócę do Madrytu wiosną. Nawet w styczniu było widać ludzi odpoczywających w parkach na trawie, ale wiosną musi być tam naprawdę pięknie.
Ja z Moniką kupiłyśmy bilety powrotne na 27.01, podczas gdy reszta kupiła na dzień wcześniej- a to dlatego, że my dwie kupowałyśmy przez internet te bilety dosłownie kilka minut po pozostałych i nasze nagle zdrożały o 10€. No to postanowiłyśmy kupić na dzień później po tej samej, niższej cenie. Żałowałyśmy tej decyzji niesamowicie, gdy już byłyśmy w Madrycie- bo nie udało nam się znaleźć nikogo, kto by nas przenocował tej ostatniej nocy. Pociąg miałyśmy dopiero późnym wieczorem, więc ewentualny nocleg gdzieś w dworcowej poczekalni nie wchodził w grę, bo trzeba było mieć siły i dobry humor na cały dzień łażenia po mieście.
Te 10€ za droższy bilet były niewielkim kosztem w porównaniu do cen hostelów (najtańszy znalazłyśmy za 13€), do których trzeba było doliczyć koszty związane z jedzeniem i biletami za komunikację.
Cały dzień 26.01 żyłyśmy ze świadomością, że będziemy musiały wydać te pieniądze; jednak gdy już pogodziłyśmy się z tą myślą, to poprawiły nam się humory. Postanowiłyśmy zrobić sobie "udany dzień", skoro już było nam przeznaczone zostać w Madrycie dzień dłużej.
Dlatego też 27.01 obudziłyśmy się z całkiem niezłymi humorami. Poszłyśmy znów do Muzeum Królowej Sofii, żeby na luzie obejść resztę wystawy; przekimać się trochę w sali, gdzie wyświetlano pokaz zdjęć; obejrzeć wystawy, z których nic nie rozumiałyśmy (dalej nie rozumiem ludzi, którzy przez cały czas podziwiali kawałek podartego płótna, gdy my obeszłyśmy niemal całą wystawę) i pooglądać filmy.
Postawiłyśmy też, że wydamy kasę na obiad w jakiejś (taniej) restauracji, NO TRUDNO. Szkoda nam było kasy na hiszpańską paellę, o której marzyłyśmy przez cały pobyt w Madrycie, więc poszłyśmy do tańszej chińskiej restauracji. Potem postanowiłyśmy na odrobinę przyjemności i poszłyśmy na dobrą kawę i ciasto do przytulnej kawiarni. Tam znów spędzałyśmy czas na graniu w arabskie karty i żartowałyśmy, że Monika powinna grać w kasynie, bo ma zazwyczaj w tej grze więcej szczęścia, niż ja.
A że akurat w Madrycie salony gier były dosłownie na każdym rogu, to z takim niedowierzaniem, że to robimy, postanowiłyśmy realizować nasz szalony pomysł. Zdecydowałyśmy wydać drobniaki z portfeli, czyli każda z nas po ok. 1.5€, pod żadnym pozorem nic więcej.
Oczywiście nie wiedziałyśmy, jak grać na tych automatach; tym bardziej, że polecenia były po hiszpańsku. Wciskałyśmy więc te przyciski na oślep. Takim sposobem szybko straciłyśmy pierwsze 1.5€. Na koniec wzięłyśmy jakąś inną grę- i jakimś cudem udało nam się wygrać 3€. A gra się nie skończyła, więc grałyśmy dalej. Potem było 5€, 8€... Za jednym razem wyleciało nam 40€!!! Przez moment chciałyśmy się stamtąd zwijać jak najprędzej, bo jakiś podejrzany dziadeczek przy wejściu nas cały czas obserwował, no i byłyśmy jedynymi, którym coś wylatywało z automatu. I jedynymi, które miały z tego taką radochę.
Cieszyłyśmy się jak głupie, bo to oznaczało, że całe nasze wydatki z tego dnia się zwróciły i jeszcze wiele zostało. Potem postanowiłyśmy jeszcze raz spróbować szczęścia w kasynie- ustaliłyśmy, że wydamy 3€, nie więcej. Tym razem nie udało nam się wygrać; choć kusiło próbowanie dalej, to nie zdecydowałyśmy się na to (ale już rozumiem, skąd biorą się ludzie wydający majątek w kasynach!).
A potem poszłyśmy na poszukiwania hiszpańskiej paelli z owocami morza, ale na przekór nie mogłyśmy znaleźć żadnego miejsca z dobrą paellą i sensownymi cenami. A gdy nie miałyśmy kasy, to te paelle wyskakiwały na nas z każdego rogu! W końcu coś udało nam się znaleźć, najadłyśmy się, ale to nie był smak, którego poszukiwałyśmy (jest powód, żeby wrócić do Hiszpanii ponownie: znaleźć idealną paellę!).
Ostatecznie ostatni dzień naszego pobytu w Madrycie okazał się być najbardziej niespodziewanym i na pewno tym niezapomnianym.
Teraz na kolejne tygodnie planów brak. Od poniedziałku zaczynają się zajęcia, więc nie będzie tyle czasu na wyjazdy, pewnie będę siedziała w Coimbrze.
Jak coś się będzie działo, to dam znać:).
PS. Buziaki dla Moniki (Chmiela) i Dawida, którzy już są w Polsce. Straciliśmy sporą część naszej polish mafii!
| Ojciec Chrzestny polish mafii, czyli Dawciu, tańcujący z Chmielem. |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz