Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 stycznia 2014

Maroko

Dobra, opowiedzenie w skrócie ostatnich dwóch tygodni nie jest łatwą sprawą, ale jakoś się postaram to przedstawić. Czasem może za bardzo będę się rozpisywać, ale chcę niektóre ciekawe momenty przedstawić bardziej szczegółowo.
No to na początek Maroko!

termin: 15-22.01.2014
skład: Poli (Bułgaria), Markus (Niemcy), Monika, Magda, ja (Polska)
plan: lot Madryt- Rabat; noc w Rabacie; przejazd do Marrakeszu, spędzenie tam 2-3 dni; przejazd na pustynię i zostanie tam na 2-3 dni; powrót do Rabatu; lot Rabat-Madryt.

Moja podróż zaczęła się dzień wcześniej, czyli już 14.01. Wtedy to z Moniką udałyśmy się do Porto, by spędzić tam noc na lotnisku i z samego rana polecieć do Madrytu. Kierowca, który nas zawoził z Coimbry do Porto (korzystałyśmy z blablacar), zaśmiał się pod nosem na wieść o tym, że jedziemy do Maroko. No tak, my z tymi różowymi plecakami (w tym ja z moimi hiperblond włosami) mogłyśmy wyglądać jak dwie naiwne studentki, które z hasłem 'hej hej przygodo!' wybierają się spontanicznie na tygodniową wycieczkę do muzułmańskiego kraju. Ale nienienieeee, dałyśmy od razu panu znać, że my tu i tego, obeznane z tematem, no i nas cała ekipa jedzie, no i spoko maroko.

W drodze na lotnisko Monika zgubiła czapkę, już kolejną w jej erasmusowej karierze. Wyklinała, że już więcej czapki nie kupi, bo to fatum jej. Czapki się jej głowy nie trzymają. (Rodzino Moja: pocieszcie Marka, że to nie jego pech tak gubić czapki. Chodzą podobne nieszczęśliwe przypadki po świecie.)

Spędziłyśmy noc na niemal pustym lotnisku. Lotnisko w Porto dostało wiele nagród dla najlepszej obsługi lotnisk w Europie- potwierdzam, obsługa całkiem miła. Nawet pan ochroniarz przyszedł nas obudzić, gdy nadeszła godzina pierwszych odlotów.

Kimanie na lotnisku....

... BARDZO PUSTYM lotnisku.

Potem Madryt i kolejne pół dnia spędzone na lotnisku- przejazd metrem do centrum był tak drogi, że nawet zjedzenie posiłku na niesamowicie drogim lotnisku wychodziło taniej, niż przejazd do miasta i zjedzenie czegoś w fast foodzie. No i opanowałyśmy do perfekcji technikę spania na niewygodnych ławkach . Teraz już żadne twarde ławeczki nam niestraszne! Aaa, no i taka ciekawostka- lotnisko w Madrycie jest PRZEOGROMNE. Na początku poszłyśmy z złą część terminala i dojście z powrotem do odpowiedniej części budynku zajęło nam 20 min (wyobraźcie sobie nas- idziemy niewyspane z ciężkimi plecakami, a tu obok tabliczki z nazwą odpowiedniego teminala pokrzepiający dopisek: 25 min pieszo... w obrębie tego samego budynku!). Potem spotkaliśmy się z resztą ekipy i wsiedliśmy w samolot do Maroko (choć to też z przygodami- bo z powodu wyjazdu z UE trzeba przejść przeprawę paszportową; nasza bułgarska koleżanka ma dość arabskie rysy [ktoś jej powiedział, że syryjskie] i za każdym razem przetrzepywali jej bagaż z każdej strony; wąchali nawet perfumy...).

Przystanek pierwszy: Rabat
Oczywiście od samego początku mieliśmy styczność z taksówkarzami. Dostaliśmy przestrogę od naszego gospodarza (chłopaka, którego znalazłyśmy przez couchsurfing), żeby uważać na ceny, bo zawsze turyści są kasowani bardziej. No to targowaliśmy się z nimi dzielnie, a i tak ostatecznie zapłaciliśmy więcej, niż powinniśmy.
No nic, chcieliśmy jakoś dojechać na miejsce. Trzeba było wziąć 2 taksówki. Nie zdziwiłyśmy się za bardzo (Monika, Magda i ja), gdy po 15 min jeżdżenia po zakurzonych ulicach, mijaniu wozów zaprzężonych w osły, trąbieniu na ludzi i motory przyjeżdżające przed maską, generalnie zamęt, taksówkarz zakomunikował, że to już. Ale pod innym adresem, niż go prosiłyśmy. Mówimy, że to nie tu. No to jeszcze raz- kierowca patrzy na adres, myśli, pyta kogoś, coś tam gada po arabsku i wkurzony siada za kierownicę. Kolejne 10 min i jesteśmy na miejscu.
Poli i Markus dojechali jeszcze później- taksówkarz wysadził ich jakieś 20 min pieszo od miejsca przeznaczenia i musieli dostać się tam sami.

Jakiekolwiek złe wrażenie zostało zatarte dzięki naszemu gospodarzowi- pokazał dom (dość ubogi, ale typowo marokański wystrój, a zamiast toalety i prysznica jedna dziura w podłodze- standard w marokańskich domach), przedstawił nam swoją rodzinę, podał coś do jedzenia i przyrządził naszą pierwszą prawdziwą marokańską herbatę (zielona herbata z miętą i zdecydowanie zbyt dużą ilością cukru; na początku niemożliwie zbyt słodkie, by przełknąć; z każdym kolejnym razem smakowała coraz bardziej).  Pojechaliśmy też do centrum miasta taksówką (tym razem wszyscy w jednym aucie- nasza piątka, nasz gospodarz i kierowca, czyli 7 osób w starym białym mercedesie- 4 z tyłu i 3 z przodu. Wyobrażacie sobie takie taksówki w jakiejś europejskiej stolicy? :) ).

Zdjęcia ze spaceru po Medynie, starej części miasta (a bo ta nowa część nudna była, wyglądała całkiem europejsko.. a nasz gospodarz bardzo był zdziwiony, dlaczego nie robimy zdjęć tym nowoczesnym budynkom, tylko starym dzielnicom...):



Jadłam gotowane ślimaki! Takie, co im różki widać i wyjada się je ze skorupki wykałaczką. I pija się do tego zupę ślimakową. Pychota!



Śmieci, śmieci, pełno śmieci. Wszędzie. Całe ulice zawalone są śmieciami; widok z okna pociągu to były często pola i pastwiska zawalone śmieciami...
Kolejnego dnia musieliśmy wstać wcześnie, bo planowana podróż do Marrakeszu miała trwać ok 5 godzin. W salonie przywitała nas matka naszego gospodarza, która zajęła się przygotowaniem dla nas śniadania (jaka miła niespodzianka!). Potem jego brat zaprowadził nas na postój taksówek i wytargował jak najniższą cenę za przejazd (tylko wspomnę, że tak się targował, że taksówkarze się na jakiś czas na nas obrazili i nie chcieli nigdzie za taką cenę jechać; byliśmy w innej części miasta na 20 min przed odjazdem pociągu i wciąż przyglądaliśmy się kłócącym się po arabsku taksówkarzom. Gdy już zgodziliśmy się na proponowaną cenę, to i tak musieliśmy poczekać, aż taksówkarz spali papierosa.. postanowiliśmy, że skoro jesteśmy na wakacjach, to nie będziemy się tym przejmować i tylko z rozbawieniem obserwowaliśmy tę scenę. Ostatecznie zdążyliśmy na pociąg.)
nasze śniadanie: świeży chleb, przepyszne oliwki i oliwa, masło, herbata.


 Przystanek drugi: Marrakesz
Marrakesz okazał się być zupełnie innym miastem, niż Rabat. Od samego początku napotykaliśmy wielu ludzi, którzy widząc w nas zagubionych i szukających hotelu turystów, starali się nam pomóc (niektórzy chcieli za taką pomoc jakąś zapłatę, a inni robili to bezinteresownie. My od początku zawsze mówiliśmy na wstępie NO MONEY). Udało nam się znaleźć bardzo tani hotel (za dwa pokoje wyszło po 50 Dh na osobę za noc, czyli niecałe 5€) w Medynie, czyli starej części miasta. Byliśmy rzut beretem od głównego placu, gdzie koncentrowało się życie (i tłumy turystów niestety...).
Spędziliśmy tam 3 noce. Jedliśmy typowo marokańskie dania, piliśmy mnóstwo pysznej herbaty i świeżo wyciśniętych soków pomarańczowych, obeszliśmy souki, czyli typowe targowiska- obkupilismy się w skórzane torby, buty, Markus kupił skórzaną kurtkę; nauczyliśmy się targowania, aż obrażeni sprzedawcy niemal wyrzucali nas ze swoich stoisk; raz z Moniką i Magdą zapytałyśmy jakiegoś miejscowego o miejsce, gdzie są stoiska ze skórzanymi wyrobami, a ten przez 15 min prowadził nas jakimiś uliczkami, aż doszliśmy do... garbarni. Czyli do miejsca, gdzie przerabia się skóry na torebki, kurtki, itp. Dodam tylko, że był już wieczór i padał deszcz. I weź potem wróć do miejsca, skąd przyszedłeś! Na szczęście miejscowi zawsze pomagali i wskazywali drogę.
Typowe marokańskie ornamenty. I portret króla- obowiązkowy element wystroju KAŻDEGO kramu, hotelu, mieszkania, sklepiku, restauracji...

Jedna z "restauracji" na głównym placu miasta. Tanio i całkiem smacznie.

Wszyscy tam jedli!



Magda targuje się o torebkę po raz setny.


Tak nas zachęcano do kupna szali. A ja już wiem, jak zrobić takie nakrycie głowy! Na zdjęciu Monika.

Normalny widok na ulicy


Poli, Magda, ja


W dalszych planach była pustynia i nocleg u berberyjskiej rodziny, którą też znaleźliśmy przez couchsurfing. Jednak w międzyczasie okazało się, ze tamta rodzina nie mogła wszystkich przenocować, a pogoda trochę się popsuła- każdego dnia padał deszcz i było zimno, więc po długich rozmowach postanowiliśmy zmienić plany- pojechaliśmy na północ, do Fezu. Słyszeliśmy wiele dobrych rzeczy o tym mieście, więc wybór wydawał się właściwy.

Przystanek trzeci: Fez
Najgorszym aspektem tej podróży była cena (prawie 20€!!! jak na Portugalię to i tak za mało za siedmiogodzinną podróż pociągiem, ale w Maroko za  tę cenę można przeżyć przez kilka dni..), ale na szczęście pogoda się poprawiła, no i Fez przywitał nas z gościnnością. Było tam znacznie mniej turystów, niż w Marrakeszu (powiedziałabym nawet, że turystów nie było prawie wcale), więc od samego początku ludzie oferowali nam zniżki w swoich hotelach, restauracjach itp. Znaleźliśmy nocleg u miejscowej rodziny, która oferowała swoje pokoje turystom. Mieliśmy naprawdę komfortowy nocleg za niewielkie pieniądze (znów mniej, niż 5€ za noc) i "przyjaciół", którzy zawsze nam pomagali i oprowadzali po mieście. Jedliśmy typowe marokańskie naleśniki z miodem na śniadanie, piliśmy herbatę i wczuwaliśmy się w klimat 'kawiarni', gdzie miejscowi mężczyźni grywali w karty, popijając kawę i herbatę (alkoholu się tam nie pija). Mieliśmy 'swoją' restaurację, gdzie właściciel pierwszego dnia obniżył dla nas cenę "obiadu dnia" z 70 Dh do 45 Dh, w następnych dniach za lojalność zapłaciliśmy tam kolejno 40 Dh i 35 Dh.
Chodziliśmy po warsztatach rzemieślników i targowiskach. Zszokowały nas ceny- w Marrakeszu była sytuacja, gdy jakaś Rosjanka kupiła szal za 360 Dh. Zaraz po niej Magda po długich negocjacjach kupiła dwa (!) szale za 200 Dh. Była z siebie niesamowicie dumna- do czasu gdy obeszliśmy targowiska w Fezie. Tam za identyczne szale płaciło się 40 Dh za sztukę (100 Dh to w najprostszym przeliczeniu 10€).
Jednego wieczora chodziliśmy po uliczkach Medyny i zostaliśmy zagadani przez miejscowego chłopaka. Zaprowadził nas do swojego domu, gdzie rodzina miała warsztat wyrobów materiałów z włókna kaktusa- od początku do końca produkcji; od zwykłych włókien aż do utkanych chust i narzut. Posiedzieliśmy u nich w domu, wypiliśmy herbatę, pogadaliśmy o dwóch żonach właściciela i po ok. 1,5 godziny wróciliśmy do siebie.
Za każdym razem, gdy przechodziliśmy obok sąsiadującego z naszym domem sklepu z dywanami, jego właściciel nas zagadywał i wypytywał o odwiedzenie go. No to jednego dnia "a niech mu będzie", weszliśmy tam i bez większego zainteresowania zaczęliśmy oglądać dywany. Nagle znikąd obskoczyło mnie dwóch sprzedawców i zaczęło rozkładać przede mną kolorowe tkaniny. Ja oniemiałam, a reszta naszej ekipy zaczęła dla żartu (HA HA HA...)  mówić sprzedawcom, że szukam dla siebie małego dywanu. No to zaczęli rozkładać kolejne, w dodatku w różnych wariacjach kolorystycznych i coraz niższych cenach. Ja na to, że mam mały bagaż i nie mogę takiego pakunku zabrać do samolotu.  Już chcę wychodzić. A ci zaraz na klęczki i zaczynają na ziemi zwijać mi te dywany w najmniejsze zawiniątka, byleby tylko wpakować do torby... Wyszłam, a moi znajomi zwijali się ze śmiechu. DZIĘKI. (Dywanu ostatecznie nie kupiłam).



Tak właśnie graliśmy z miejscowymi w arabskie karty i piliśmy marokańską herbatę

"kawiarnia" :)

To miejsce, gdzie wyrabia się skóry

Osioł to w starej części Fezu "lokalna taksówka"- na ulicach nie ma samochodów, więc do transportu służą jedynie zwierzęta.

Widok na Medynę, starą część miasta

Jeśli kiedyś napisałam, że w Portugalii ulice są ciasne i kręte, to nie wiedziałam, o czym mówię. W starej części Fezu jest 9400 uliczek (!!!), które są tak poplątane, że nie sposób tam się nie zgubić, jeśli jest się bez przewodnika.

:)

Mistrz drugiego planu!

Tutaj wyrabia się tkaniny

Zmęczona ja w nowej czapce i szalu.

W zasadzie Maroko bardzo mi przypadło do gustu i mam w planach wrócić tam po raz kolejny. Tym razem pojadę na wybrzeże i na pustynię, a zakupy będę robić tylko w Fezie :)


Żeby zamknąć historię to dodam, że Monika też kupiła sobie w Maroko czapkę.
I zgubiła ją w drodze do Coimbry.
Przeznaczenie to przeznaczenie.


Opis z dalszej części wyprawy, czyli Madrytu, w kolejnym wpisie za kilka dni.

Dzięki za cierpliwość w czytaniu :)

środa, 4 grudnia 2013

ponad 3 miesiące pobytu!

Trudno uwierzyć, ale jestem w Coimbrze już ponad 3 miesiące! Postanowiłam, że opiszę w tym poście kilka różnic między życiem tu w Portugalii, a w Polsce. Na początku niektóre z nich były dla mnie dość zaskakujące, ale teraz już do nich przywykłam:).
[kolejność przypadkowa]

1. Poczucie czasu
Tak, czas w Portugalii jest innym pojęciem. Jak umawiasz się z Portugalczykami na spotkanie o 20:30, to na pewno nie będą wcześniej niż 20:45. A tak norma to 21. To samo tyczy się przychodzenia na zajęcia. Ja już nie funkcjonuję w trybie "kwadrans akademicki".
Na uczelnię idę 15 min, po drodze pokonuję Escadas Monumentais (Monumentalne Schody- są ogroooomne, mają 125 stopni i zbudowano je po to, by studenci mieli poczucie "trudu zdobywania wiedzy". No niegłupie). Z powodu schodów na początku wychodziłam z domu jakieś 20-25 min przed rozpoczęciem zajęć, żeby się nie spieszyć i potem spokojnie sobie poczekać i dać swojemu organizmowi odpocząć po pokonaniu schodów (uwierzcie mi, po takim spacerze pot się leje z czoła..). Gdy już kilka razy zdarzyło się, że przychodziłam na czas do kompletnie pustej sali (!!!), to postanowiłam trochę odpuścić. Teraz już raczej normą jest, że gdy np. mam zajęcia na 9, to wychodzę z mieszkania między 8:58 a 9:02, docieram na teren uniwersytetu, gdy zegar na uniwersyteckiej wieży wybija kwadrans po, a potem jeszcze czekam pod salą kilka minut na wykładowcę, bo ten też się spóźnia. Czasem idę jeszcze do bufetu na espresso. A niektórzy studenci mają w zwyczaju docierać na zajęcia jeszcze w ciągu kolejnych 20-25 minut. I wszystko gra! Może  dlatego jest takie przyzwolenie na spóźnianie się na zajęcia, bo każde z nich trwają 120 min i niekiedy niemożliwe jest dotarcie z jednych na drugie na czas.

2. Policja
Nie wiem, czy to wyjątkowe w Portugalii, czy po prostu Polska tak odstaje od innych krajów, ale tu od początku uderza kompletnie inne podejście policjantów do reszty obywateli. Szczególnie, jeśli chodzi o przechodzenie na czerwonym świetle, lub w miejscu nieoznaczonym. Tu jest pełna dowolność- jeśli widzisz, że nic nie jedzie, to przechodzisz. Zdarzyło mi się, że w drodze na zajęcia przeszłam na czerwonym przed nadjeżdżającym motocyklem- w momencie opuszczania przejścia zorientowałam się, że był to motocykl policyjny. A policjant nawet nie zwrócił na to uwagi.
Niemal za każdym razem, gdy przechodzę pod komendą policji, to widzę ok. 6-8 policjantów stojących sobie w cieniu, opartych o samochody i rozmawiających. A jak idzie jakaś atrakcyjna dziewczyna, to rozmowa przycicha i wszyscy odwracają głowy.
Raz z samego rana widziałam pana policjanta pociągającego sobie z piersióweczki. A w restauracji obok komendy każdego dnia można spotkać jakiegoś policjanta w mundurze pijącego sobie małe piwko.
Portugalia to stan umysłu.

3. Alkohol
Zasadniczą różnicą jest to, że picie w publicznych miejscach jest dozwolone. Stąd też w studenckich bufetach na wydziałach jest piwo (tak tak, stoi sobie w lodówce).
Jeśli chodzi o piwo, to Portugalia ma tylko 2 wiodące marki. Gdy zamawiasz w barze lane piwo, to nie ma możliwości wyboru- mają albo Super Bock, albo Sagres. Piwo w barze sprzedawane jest jako fino, czyli w szklance o objętości 0.2. Na początku takie małe piwo było dla mnie dziwnym widokiem.
Oczywiście Portugalia słynie z wina, więc jest ono tu bardzo popularne. I tanie! Porównując- w Pingo Doce (odpowiednik Biedronki) butelka (całkiem dobrego!!) wytrawnego wina kosztuje 2€- tyle samo, co duży bochenek chleba (900g).

4. Kawa
O tak, tutaj nauczyłam się pić mocną kawę. Malutkie espresso bez mleka i cukru to coś, co stawia mnie na nogi przed zajęciami (w trakcie też). Tutaj po prostu zamawia się małą kawę i od razu wypija. Taki kawowy shot. W kawiarniach kawa jest tańsza od wody (tzn. taniej jest zamówić filiżankę dobrej jakości kawy z ekspresu, niż małą butelkę wody).

5. Posiłki
[o jedzeniu będzie kiedyś odrębny wpis]
Do pór posiłków było trudno się przyzwyczaić. Najgorsze jest to, że pora obiadu we wszystkich stołówkach i restauracjach jest między 12:00 a 14:30. Jeśli chcesz zjeść danie dnia- prato do dia (zazwyczaj bardzo smacznie i najtaniej) po godzinie 14:30, to nie masz już czego szukać. Najgorsze było to podczas naszych wyjazdów, gdy nie mieliśmy zbyt wiele własnego jedzenia. Bo wiadomo- studentowi w dzień wolny niełatwo wstać z samego rana i zazwyczaj dania dnia nas omijały :(.

6. Portugalscy fachowcy (i pospolite "to się kiedyś zrobi")
To jest zgroza. Na naprawę kuchennego kranu, który zepsuł się i stał się fontanną, czekaliśmy dwa dni. Kilka razy zdarzyło się , że firma rozwożąca butle gazowe o nas zapomniała i żyliśmy przez 1-2 dni bez gazu do gotowania i gorącej wody (no tak to się dzieje, gdy nie ma się zapasowej butli.. :P). Nasz właściciel obiecał nam wymianę niedziałającej lodówki przez 2 miesiące (w końcu mamy nową!). Cieknący dach został naprawiony, a grzyb ze ścian usunięty dopiero wtedy, gdy postawiliśmy właścicielowi warunek- drugą połowę czynszu płacimy wtedy, gdy wszystko będzie naprawione. Naprawili w 2 dni! (Mieliśmy lepiej, niż nasza znajoma- gdy oni też postawili podobny warunek, to właściciel mieszkania nie opłacił im rachunków i żyli przez kilka dni bez prądu...).

7. Temperatura
No tak, temperatura na zewnątrz jest zdecydowanie wyższa, niż w Polsce (jest początek grudnia, słońce świeci każdego dnia i na tarasie można spokojnie wygrzewać się w słońcu, mając na sobie krótki rękaw). Jednak problemem są chłodne wieczory i noce- owszem, znów cieplejsze, niż w Polsce- ale spędzanie czasu w nieogrzewanych mieszkaniach nie jest przyjemnością. Ściany i dach nieocieplane, okna drewniane i z tylko jedną szybą, brak ogrzewania w domu. Kupiliśmy sobie wszyscy elektryczne grzejniczki, więc funkcjonujemy w miarę normalnie. Gorzej będzie podczas płacenia rachunków
Nie mierzyłam temperatury w pokoju podczas najchłodniejszych dni bez ogrzewania, ale np. mój kolega ma w innym mieszkaniu 11 stopni. U mnie mogło być podobnie.
Tak, czy siak, tragedii nie ma. Na szczęście nie jestem wychowana w centralnie ogrzewanym mieszkaniu (ani nie jestem z Brazylii), więc takie chłody nie są dla mnie czymś nowym.
Ach, no i mój wydział jest nieogrzewany również, więc w niektórych salach wykładowych w chłodne dni zdarza mi się siedzieć w płaszczu i rękawiczkach.

I kilka zdjęć na koniec:

Minha Luta (Mein Kampf)- do kupienia na stoisku z pocztówkami, pamiątkami i starymi książkami

Stoisko z kadzidełkami w sklepie z chińskim badziewiem. Są to kadzidełka mające przynieść powodzenie i również takie z wizerunkami świętych. Tylko nikt nie kupował tych z napisem Judas Tadeo (Juda Tadeusz), hmmm....

nasza choinka
Kot z sąsiedztwa, który przyłazi do naszego mieszkania i czuje się jak u siebie. Łazi i miałczy.
Tak obecnie wygląda park, którym idę zazwyczaj na zajęcia :)




niedziela, 3 listopada 2013

październik

Wiem, wiem, dużo czasu zajęło mi napisanie kolejnego posta. W ciągu tej przerwy (1,5 miesiąca!!! niewiarygodne, jak to szybko zleciało...) wiele się wydarzyło.  Po kolei:

Pod koniec września (20-24.09) postanowiliśmy skorzystać z wciąż pięknej, letniej pogody, więc zorganizowaliśmy wycieczkę krajoznawczą. Ruszyliśmy na południe ekipą z naszego mieszkania w składzie: Markus i jego auto, Klaudia (koleżanka jednej z Monik, która postanowiła przyjechać w odwiedziny) oraz 'polish mafia'- Monika, Monika i ja. Najpierw pojechaliśmy autem do Peniche- małej miejscowości słynącej z surfingu. Postanowiliśmy ciąć koszta, więc spaliśmy w namiocie; cały plan oszczędzania legł w gruzach po tym, jak omamieni głodem postanowiliśmy zjeść w restauracji. I to nie raz! Sardynki, wino i tym podobne rewelacje, a potem rozpacz, gdy pod koniec miesiąca zaczęliśmy sprawdzać stan naszych kont. Cóż. Wakacje ma się tylko raz w roku. Tak to sobie powtarzamy.

Markus przez przebywanie non stop w towarzystwie czterech Polek stracił chyba poczucie niemieckości i napisał 'Polska' na szybie. Przypadek sprawił, że w nocy obok naszego auta rozbili namiot jacyś inni Polacy i rano mieliśmy z nich niezły ubaw, jak zawstydzeni zaczęli tłumaczyć się, że to niewytłumaczalne, ale to nie oni napisali.
'polish mafia'

widok na zatokę w Peniche
Trzeciego dnia naszego pobytu ruszyliśmy do Lizbony. Jako że wcześniej poznałam Lizbonę w towarzystwie osoby mieszkającej tam, to tym razem pełniłam rolę przewodnika pokazującego najciekawsze  miejsca w mieście. Były tradycyjne ciastka z dzielnicy Belem (ojeeeeju, najlepsze w całej Portugalii!), nielegalna chińska restauracja (poprzedzona godzinnym gubieniem się w uliczkach Alfamy, najstarszej dzielnicy miasta; dalej nie potrafię sprecyzować, przy której ulicy mieści się tamta kamienica) i przejazd tradycyjnym tramwajem. Miejsce na noclegi znaleźliśmy przez couchsurfing, więc znów zaoszczędziliśmy trochę kasy. I znów wydaliśmy z nawiązką z okazji naszego 'weekendu turysty'.


ekipa w komplecie pod Pomnikiem Odkrywców
historyczny moment. pastel de Belem w dłoni, jest radość
słynne pasteis de Belem a cukrem pudrem i cynamonem
gra w piłkarzyki z Andre, który zapewnił nam nocleg. (nasza drużyna wygrała rozgrywkę!)
przejażdżka słynnym tramwajem nr 28
Kolejny raz w nielegalnej chińskiej restauracji. Kiedy słownik przestał dawać radę z nazwami, postanowiliśmy brać potrawy w ciemno...
...i wszystkie z nich były bardzo dobre, choć połączenie potraw było pewnie dość zaskakujące dla osoby, która przyjęła zamówienie;)
Potem nadszedł październik. Po raz pierwszy w życiu mogłam urządzić w moje urodziny grilla i siedzieć na tarasie do późnej nocy. Kocham portugalski klimat :). Moi współlokatorzy zrobili mi wspaniałą niespodziankę- w tajemnicy upiekli wielki pastel de nata (to jest to tradycyjne ciastko, które jest na zdjęciach gdzieś wyżej. Pomysł na prezent wziął się stąd, że za każdym razem, gdy idziemy na kawę do kawiarni, to zamawiamy właśnie pastel de nata- każda szanująca się kawiarnia/ciastkarnia (pastelaria) wyrabia własne słodycze i wszędzie można znaleźć te same tradycyjne wyroby, jednak różniące się smakiem. Nieoficjalnie głównym celem naszego pobytu w Portugalii jest znalezienie ciastek dorównującym tym z Belem.


Przeogromny pastel de nata. I przepyszny!
.
większość osób ze zdjęcia to moi współlokatorzy (choć jeszcze nie wszyscy, brakuje dwóch osób), a dodatkowo są tu dwie dziewczyny, które były w tym czasie naszymi gośćmi

Październik jest w Portugalii miesiącem caloiros, czyli studentów pierwszego roku. No może źle się wyraziłam- jest to bardziej miesiąc męczenia ich. Już właściwie od początku roku akademickiego, czyli od połowy września, można było zobaczyć caloiros chodzących na czworaka, robiących pompki, chodzących w dziwnych pozycjach (wszystko robione ze spuszczonym wzrokiem!), czy wyśpiewujących w grupach piosenki wychwalające swój wydział, a wszystko na terenie uniwersytetu lub na głównym placu miasta i pod czujnym okiem studentów kolejnych lat [ktoś z pilnujących zawsze trzymał w rękach wielką drewnianą łyżkę (???)]. Ci starsi zakładali wtedy tradycyjny strój studentów z Coimbry- czarny garnitur/garsonkę, a na to czarna kapa- peleryna przypominająca strój Harry'ego Pottera. Każdy ubiera to podczas studenckich uroczystości/tradycyjnych wydarzeń, a niektórzy nawet na co dzień podczas zajęć. Ciekawostka- to właśnie Uniwersytet w Coimbrze był dla J.K. Rowling inspiracją przy pisaniu jej książek!
witamy w Hogwarcie

dzień jak co dzień dla świeżaków

Tutaj zadanie polegało na równoczesnym pokonywaniu schodów przez ok 50 osób, przy jednoczesnym wykrzykiwaniu jakichś konkretnych słów. Jak robili to nierówno- wracali na górę. Stałam przy nich ok. 10 min i nie zeszli niżej niż 3 schody. Dodam, że schodów jest 125.
Głównym studenckim wydarzeniem jesieni jest Festa das Latas (Latada). Odbywa się zawsze w połowie października i trwa tydzień. Całość rozpoczęła się o północy na schodach Se Nova ("Nowa Katedra")- grupa studentów ubrana w tradycyjne stroje uroczyście grała i śpiewała fado, a pozostałe kilka tysięcy studentów ubranych w czarne kapy było zebranych pod świątynią i słuchało w ciszy wykonywanych utworów. Wszystko pięknie ładnie, uroczyście, na koniec jakieś wzniosłe okrzyki (niesamowita sprawa, gdy kilka tysięcy osób wykrzykuje te same słowa jednocześnie!) i oczywiście, jak to w Portugalii, na koniec wszystko sprowadziło się do wielkiej imprezy. Zaraz obok katedry są budynki wydziałów i to właśnie na ich terenie urządzono imprezę- ja akurat byłam na wydziale chemii i tam ustawiona była scena z dj'em. Oczywiście wokół tłum ludzi do białego rana. 
Ja następnego dnia miałam zajęcia od 9 rano- jest to trochę dziwne, gdy na zajęcia idziesz w to samo miejsce, w którym jeszcze kilka godzin temu się bawiłeś i służby miejskie zamiatają ci spod nóg rozbite szkło i plastikowe kubeczki. Tu pasuje często powtarzane przez nas hasło- Portugalia to stan umysłu.
Każdy inny dzień kończył się kilkoma koncertami w wielkim namiocie ustawionym po drugiej stronie rzeki. Pozostałe miejsca spotkań- nawet te, na których normalnie każdej nocy gromadzą się tłumy, były opustoszałe.
Największą atrakcją Latady była parada. Studenci pierwszego roku byli przebrani w kolorowe stroje (każdy wydział odznaczał się innym kolorem) i szli spod uniwersytetu do rzeki, aby tam przyjąć 'chrzest'.  

Zdjęcia z początku parady- spod uniwersytetu

jakaś grupa studentów przyniosła pod uniwersytet trumnę (???)











W październiku byliśmy też na meczu eliminacji do Mistrzostw Świata- na stadionie w Coimbrze grała drużyna Portugalii z drużyną Luksemburga.





W tamtym miesiącu stwierdziliśmy też, że nie chcemy każdego weekendu spędzać w Coimbrze, więc zrobiliśmy sobie 2 małe wycieczki- do Fatimy i do Lousã (miasteczka położonego blisko Coimbry, na terenie którego znajduje się m.in. zamek).
Fatima:
osoby mające jakieś intencje wrzucały świece do ognia; niektórzy wrzucali po kilkanaście świec (???) albo świece w kształcie części ciała, o które się modlili

miejsce, w którym pastuszkowie doznawali objawień

żeby nie było, że mnie tam nie było :)


kup Jezusa albo kota. żadne miejsce nie ucieknie od jarmarcznej atmosfery.





Lousã:




śliczne, prawda?

w Lousã tego dnia akurat odbywał się pchli targ.. no i godzina spędzona na oglądaniu i kupowaniu..:)





choć był to jeden z ostatnich dni października, to temperatura wynosiła ok. 25 stopni! jak widać, wygrzewałyśmy się w słońcu jak koty. A obok widać fragment rzeki, który latem pełni funkcję basenu. Na pewno tam wrócę w przyszłym roku!



cała ekipa

:)